poniedziałek, 25 października 2010

Szarafala, czyli WKD Śródmieście

akcja zaczyna się właściwie w momencie, w którym wukadka rusza leniwie z Ochoty; zaczyna się ruch: subtelna walka o dobre miejsce (pole position, czyli schodki, zazwyczaj są już zajęte przez starych wyjadaczy, czasem przez półświadomych szczęśliwców); dwa kroczki w lewo, jeden w przód, czasem wystarczy przysunąć nieco twarz w kierunku drzwi, aby zbudować wrażenie, że wyjdzie się w miarę szybko; jednocześnie pojawia się napór z tyłu; ci, co siedzieli, czasem się podnoszą, rozglądają skwaszeni, uświadamiają sobie, że przespali ważny moment, że mogą zapomnieć o ekspresowej ewakuacji; nikt ich jednak nie żałuje, każdy szuka luki dla siebie; jest wyczekiwanie, rośnie napięcie, przyspieszają oddechy; stawka jest potwornie wysoka – zdobycie miejsca na początku Szarafali!
wreszcie kolejka wpełza na peron, zaczyna się odliczanie, ostatnie poprawki: otyli stabilizują zajęte miejsca masywnością swych bioder i obfitością pośladków, chuderlacy wypatrują szczelin, w które mogą się wcisnąć metodą „na glizdę”, regulamin nie dopuszcza głaskania przeciwnika łokciem po nosie
ostatnie sekundy i skład zatrzymuje się, ostatecznie i definitywnie, a potem jak w totolotku – zwolnienie blokady i zaczyna się walka
premiowani są ci ze schodków, nawet jeśli jechali w drugiej połówce składu to i tak znajdą się raczej w przedniej części Szarafali (chyba, że potkną się lub poślizgną się na kałuży moczu – jak mawiał Kurt: zdarza się), wychodzący pierwszymi drzwiami, ale w ostatniej kolejności skazani są na porażkę, równie dobrze mogą w ogóle nie wychodzić
stabilne zejście na peron to nawet nie połowa sukcesu; jeśli jesteś gdzieś z przodu – walczysz o utrzymanie świetnej pozycji, jeśli w środku lub (uchowaj miłosierny Boże!) z tyłu – próbujesz awansować, choćby o jedno, marne oczko zdobyte mało chwalebnym wyminięciem staruszki o kulach; od tego momentu rozgrywki tracą na znaczeniu walory otyłych, słuszne kubatury ich ciał stanowią cenniejszy wkład w jestestwo Szarafali niż nędzne żebra niedożywionych adwersarzy, próbuje ona zatem ograniczać ich aktywność; tutaj premię dostaje się za gibkość („metoda na glizdę” zachwyca swą uniwersalnością, tu bowiem znowu sprawdza się idealnie) oraz chyżość ud i sprężystość łydek
wymijanie dostarcza największych emocji; istnieją podobno ekstremiści (niekoniecznie muzułmańscy!), którzy celowo zaczynają w centrum Szarafali, aby następnie agresywnie przeć na początek! w swym szaleństwie balansują na zdradliwej krawędzi peronu by po chwili przemknąć milimetry od półek z przeterminowaną prasą wzbudzając niepokój pani kioskarki; są również „blokersi”, celowo powstrzymujący szybszych od siebie i podcinający ich długimi parasolkami nawet, gdy nie pada
najbardziej pasjonującym zjawiskiem jest jednak zew sprintera, który w sposób nieprzewidywalny odzywa się czasem wśród szczęśliwców z pierwszych szeregów Szarafali; wybraniec po prostu nagle zaczyna biec, nie zważa na rozchełstanie swego płaszcza, czy integralność obcasa z resztą buta, ryzykuje, ale jest widoczny, wybija się, ucieka, wyrywa Szarafali, nierzadko inspiruje a nawet, są udokumentowane przypadki, podnieca…

w końcu wszyscy opuszczamy peron, przy McDonald’s Szarafala jest już zazwyczaj tylko wspomnieniem
wkrótce jednak każdy znajduje sobie kolejną falę
znowu zaczyna się walka
znowu potężne pupy ścierają się z gibkimi żebrami
znowu ktoś chce być sprinterem podczas, gdy ktoś inny musi zostać ostatni
na Śródmieście wjeżdża zaś następna wukadka, szykuje się kolejna Szarafala

czwartek, 14 października 2010

Jezusek Śródmiejski

zacznę od końca: chciałem dziś zrobić Jezuskowi jakieś lepsze zdjęcia, te ostatnie mnie nie satysfakcjonują, za dużo cokołu a w tle zaparkowany samochód; tymczasem patrzę a tu jakiś facet kończy malowanie Jezuska! na kolorowo!
i to był chyba ten impuls, bym mógł wreszcie mego niemego znajomego wprowadzić na bloga

Jezuska poznałem w 2003 roku, był pierwszy dzień rekolekcji wielkopostnych, większa część klasy po kilku godzinach lekcyjnych udała się do św. Barbary, ja wraz z Kamilem i Hubertem postanowiliśmy znaleźć sobie alternatywę,
poszliśmy do spożywczaka,
kupiliśmy po browarze,
zaczęliśmy szukać ustronnego miejsca zaglądając w pobliskie bramy,
wtedy natknęliśmy się na Jezuska, być może udzielił nam się rekolekcyjny nastrój, konsumpcji postanowiliśmy dokonać bowiem w Jego towarzystwie


dlaczego drobny, zasadniczo nieistotny epizod mojego licealnego życia zachowuję w pamięci w kopercie z napisem „ważne”? w sumie to nie mam pojęcia

czym jest picie piwa pod obiektem, bądź co bądź, sakralnym, niemal na pewno swego czasu poświęconym? profanacją? zbezczeszczeniem? wandalizmem? policzkiem wymierzonym Kościołowi? wierze? wierzącym?
być może
my nie patrzyliśmy na to w ten sposób, nie mieliśmy w ogóle takich intencji
chcieliśmy napić się piwa w ustronnym miejscu, po prostu, bez żadnej ideologii buntu czy choćby delikatnej kontestacji
w dużej mierze to przypadek sprawił, że znaleźliśmy się pod Jezuskiem; choć dziś tak sobie myślę, że to może On sam nas do siebie zaprosił?

jakości młodych ludzi nie ocenia się przez pryzmat ich jednostkowych wybryków; rozbieżności pomiędzy czynami a intencjami po prostu są i trzeba o tym pamiętać; czasem mówi się, że dobrymi intencjami (właściwie chęciami, ale sens pozostaje ten sam) wybrukowane jest piekło – to nieprawda! sacrum i profanum nie muszą stać wobec siebie w podręcznikowej opozycji; rzeczy banalne i do bólu codzienne mogą w najmniej oczekiwanym momencie przeistoczyć się w coś wyjątkowego – cała moc sprawcza należy do okoliczności; każde miejsce może stać się wyjątkowe, wystarczy, by jego wyjątkowość została uznana przez jedno z sześciu miliardów; zresztą z ludźmi jest podobnie; a o tym, czy jakiś moment zostanie zapamiętany decyduje pamięć, nie moment

wypiwszy piwo pożegnaliśmy Jezuska, kontynuowaliśmy nasze alternatywne rekolekcje, pojechaliśmy na taras widokowy Pałacu Kultury, raptem pięć złotych, podziwialiśmy słoneczną, warszawską wiosnę

środa, 6 października 2010

ve

powoli się wdrażam
obowiązki nie wydają się przesadnie skomplikowane, wymagają natomiast automatyzmu, który muszę nabyć metodą licznych powtórzeń i (oby nielicznych!) błędów
jest to, co przychodzi na myśl przy słowie „biuro”:
jest fotel (wygodny!), komputer, biurko, stosy dokumentów, telefon dzwoniący z natężeniem umiarkowanym, umiarkowanym+, są ludzie, którzy się kręcą, przechodzą i mijają a czasem o coś proszą, są wyprasowane koszule, krawaty, gustowne garsonki i schludne spódnice, jest kawa, herbata, zszywacz, koperty i karteczki samoprzylepne, są drukarki, kopiarki, nawet skaner jest
jest regularność, powtarzalność, przewidywalność, z rzadka zakłócany spokój, jest stabilne, dalekie od sprinterskiego tempo, tu się zadyszki raczej nie łapie, ciśnienie w normie (chyba, że za dużo kawy, bo ekspres ma guzik ‘podwójne espresso’ i ten guzik kusi)
jest wesoło, czasem wręcz śmiesznie, swobodnie, poczciwie i uprzejmie
jest stabilność, są perspektywy

pytanie na dziś, a zarazem na nieokreślone jutro, brzmi: czy, albo bardziej optymistycznie: jak się w tej konfiguracji odnajdę

p.s. drodzy Czytelnicy (jako, że jest Was garstka może czuć się wyjątkowo elitarnie, co schlebi zarówno Wam, jak i mnie), powyższą notkę traktujcie trochę w charakterze zapychacza-przedłużacza, kiedy tylko się zmobilizuję wrzucę tu parę niepoukładanych myśli w związku z Jezuskiem Śródmiejskim, którego chciałbym Wam przedstawić

cierpliwości!