wtorek, 30 października 2012

Rzygam


Oto nadszedł dzień, w którym wszelkim posmoleńskim żonglerom politycznym mam ochotę powiedzieć stanowcze „wypierdalać!”
Smoleńsk jest wszędzie, Smoleńsk jest wokół mnie i wdziera się do środka. Mogę stosować uniki i kryć się po kątach – prędzej czy później kolejna porcja Smoleńska i tak mnie dopadnie, i tak ktoś mi ją wrzuci za koszulę albo jeszcze bezczelniej: ciśnie między oczy. Smoleńsk się nie kończy, co chwilę odkrojony zeń kawałek rzuca się między wygłodniałych ludzi, co chwilę jakiś ochłap spada z nieba wywołując poruszenie. W ostatnich tygodniach było tego jak dla mnie za dużo. Mam dość. Mam, kurwa, dość!
W jesiennej kolekcji wydarzeń medialnych pojawiła się nowa moda – smoleńskie ekshumacje. Trend chyba przyjmie się na dłużej, bo nagle okazało się, że ciała do trumien popakowano na chybił trafił a powagę Świątyni Opatrzności Bożej przez dwa i pół roku uświetniał nie prezydent Kaczorowski a ktoś zupełnie inny. Znając przewrotność losu pewnie jakiś ateista. Teraz już nikt chyba nie ma pewności, kto gdzie leży. No, może poza ciałem prezydenta Kaczyńskiego, które, jak wskazują zdjęcia umieszczone w sieci przez jakiegoś beztroskiego, pozbawionego wyobraźni i wyczucia, rosyjskiego blogera, było łatwe do identyfikacji.
Aferę ze zdjęciami jakoś przełknąłem, nie została zresztą nadmiernie rozdmuchana. Ekshumacje trochę jeszcze potrwają, pozostaje mieć nadzieję, że żadna telewizja nie zdecyduje się na relację na żywo. Ale poziom furii jeszcze nie przekroczył u mnie stanu alarmowego.
Tymczasem nowy news – mamy kolejnego smoleńskiego samobójcę. Któraś tam z kolei osoba jakoś tam związana z katastrofą, postanowiła pożegnać się ze światem. Zabierając ze sobą, jak chcą niektórzy, pewien zasób informacji, którymi nie zdążyła się podzielić. Niedługo trzeba będzie czcić pomięć nie jednej, ale dwóch grup: ofiar z rozbitego Tupolewa i ofiar tajemniczej, zbiorowej traumy, która nakazała kilku osobom dołączyć do Dziewięćdziesięciu Sześciu.
No i w końcu dzisiaj. Zamiast w napięciu śledzić amerykańską walkę z żywiołem o Nowy Jork zmuszono mnie do postawienia sobie pytania: czemu we wraku samolotu znaleziono trotyl i nitroglicerynę? Czyli, że wybuch? Czyli, że Putin z Tuskiem? Czyli że to zamach i morderstwo, że Macierewicz miał rację? Nie, nic z tych rzeczy, przynajmniej na razie. Słonko nie zdążyło dobrze zajść za horyzont a „Rzeczpospolita” wycofała się z tej informacji przepraszając za pomyłkę.
I jak tu nie mieć dość. Jak tu, kurwa, nie mieć dość?! Ile jeszcze będę musiał znosić przerzucania się trupami, teoriami i oskarżeniami? Ile jeszcze ekshumacji? Ile wariantów teorii spiskowych? Ile pomyłek i zaniedbań wyjdzie na jaw? A przede wszystkim: ile czasu różne siły polityczne będą traktować Smoleńsk jak kij bejsbolowy, którym zawsze da się jakoś przeciwnikowi przypierdolić?
Moja odpowiedź na ostatnie pytanie jest następująca: tak długo, jak będzie się to potencjalnie opłacać. Niestety, prognozy sprzedażowe dla Smoleńska swym optymizmem biją na głowę każdy inny sektor rodzimej gospodarki.

czwartek, 25 października 2012

Wizyta


Przyjechali!
Przyjechała delegacja z centrali naszej spółki-matki. Przyjechał nasz wspaniały Król z dumnej i bogatej Holandii, by zobaczyć jak wiedzie się jego skromnemu wasalowi w odległych i dzikich nieco krainach Wschodu. Władca przyjechał z większą świtą niż zwykle, obok jego sekretarza pojawiło się jeszcze dwoje dostojników, których dotąd nie gościliśmy w naszych komnatach. Na lotnisko, swą pozłocistą karetą marki Jeep, wyjechał po nich sam Książę. Wszystko na zamku zostało przygotowane już wcześniej, książę zadbał o to, by cały dwór należycie przygotował się do tej wizyty. Musieliśmy uprzątnąć wszystkie komnaty a także, zgodnie z obyczajami krajów, z których nasz Władca się wywodził, pochować radioodbiorniki do szafek. Po dziesiątej znamienici goście weszli do zamku i po krótkim ceremoniale powitania z dworem udali się do komnaty konferencyjnej. Król, jak zawsze przy okazji takich wizyt, tryskał dobrym humor, uśmiechał się, żartował. Jest to niewątpliwie jeden z tych władców, którzy ujmują lenników swym usposobieniem a wobec odwiedzanego dworu zawsze odnoszą się przyjaźnie, niezależnie od charakteru wizyty.
Obrady trwały długo i na niewiele przerw pozwolił król swemu wasalowi. Zastanawialiśmy się, jakie tematy na okoliczność tych odwiedzin są wiodące. Czy Król szykuje się do wojny i oczekuje zbrojnego wsparcia? Czy też może wizyta skupia się wokół kwestii gospodarczych? Wiadomo przecież, że ostatnie lata były nieco mniej urodzajne i to nie tylko u nas, ale we wszystkich okolicznych królestwach. Około godziny czternastej wnieśliśmy jadło, rozmowy trwały jednak dalej. Dopiero wieczorem Monarcha w towarzystwie swej świty oraz naszego Księcia i Wielkiego Skarbnika udali się na wizytację stolicy, noc spędzili natomiast w książęcym hotelu w najbogatszej dzielnicy miasta. Obrady drugiego dnia rozpoczęły się jeszcze wcześniej niż poprzednio. Król i Książę właściwie nie opuszczali komnaty konferencyjnej aż do momentu, w którym nasz wspaniały Monarcha miał udać się w podróż powrotną. Po piętnastej dumny Władca pożegnał dwór szerokim uśmiechem i w książęcej asyście złotą karetą udał się na lotnisko.
Na dworze zapanowało rozprężenie, bo choć Król, jak już wspominałem, postacią jest naprawdę ujmującą, to jednak każdorazowo w obliczu Jego majestatu w szeregi dworzan wkrada się pewne napięcie i skupienie na tym, by zaprezentować się Seniorowi jak najdostojniej. Teraz ów czar nienaturalnej ciszy i skupienia prysł, życie dworu wróciło do normy, wyjęliśmy z szafek radioodbiorniki. Okazało się, że znaczna część wspaniałego jadła, przygotowanego specjalnie dla Władcy, pozostała w komnacie nieruszona. Uznaliśmy to zgodnie za znak, że nasz miłościwy i wyrozumiały Monarcha pragnie, abyśmy i my posilili się pysznymi jogurtami i sandwiczami ku chwale Korony!
Teraz czekamy na informację od Księcia, który wkrótce przekaże nam ustalenia podjęte na tym ważnym spotkaniu.


Przyjechali!
Przyjechali nasi goście z bratniego kraju holenderskiego, przyjechał sam I Sekretarz Najwyższy Komitetu Centralnego naszej spółki-matki, w asyście kilkorga zacnych i zasłużonych dla idei towarzyszy. Z lotniska odebrani zostali osobiście przez naszego I Sekretarza, który na tę okoliczność przygotował swą wspaniałą, pozłacaną limuzynę. Przygotowania trwały już zresztą od wielu dni. Wszyscy pracownicy biura Komitetu Centralnego rzetelnie przygotowywali się do wizyty, przeprowadzono wielkie porządki i uporządkowano akta. Pochowano także radioodbiorniki, gdyż ostatnie badania prowadzone na Instytucie, który ukończył sam I Sekretarz Najwyższy, udowodniły, że muzyka z radia zmniejsza wydajność klasy pracującej i działa nań demoralizująco. Obalono tym samym mit "dobrego radia" lansowany dotąd z takim uporem przez wrogą propagandę.
Delegację powitaliśmy najdostojniej, jak potrafiliśmy, co spotkało się z jawnym uznaniem naszych gości. Były więc uśmiechy, uściski dłoni, dobre słowo otuchy, jakże ważne i budujące, gdy zasłyszane z bratnich ust zagranicznych towarzyszy. Wkrótce jednak przeniesiono się do przygotowanej uprzednio dużej sali plenarnej, gdzie od razu przystąpiono do obrad. Rozmowy trwały długo i raczej oszczędnie dysponowano czasem na przerwy. Nawet uroczysty posiłek nie był w stanie oderwać delegatów na dłużej od ważnych kwestii, które omawiali. Zastanawialiśmy się zresztą, co jest wiodącym tematem tej wizyty. Czy mówią tam o sposobach umacniania i pogłębiania wzajemnej przyjaźni naszych bratnich narodów? Czy dyskutowane są sprawy dalszego rozwoju naszych i tak już pięknie rozwiniętych gospodarek? A może omawiano strategie obrony przed różnymi formami zagrożeń z zewnątrz? Wiadomo przecież, że kapitalistyczna Unia od jakiegoś czasu próbuje wciągnąć w swój wielki kryzys zdrowo rozwijające się kraje socjalistyczne; trzeba temu przeciwdziałać! Obrady trwały do osiemnastej, następnie znakomici goście w towarzystwie I Sekretarza oraz Ministra Finansów naszego KC udali się na wycieczkę po naszej stolicy, aby na własne oczy zobaczyć jej rozwój. Spotkanie dnia następnego miało podobny przebieg - w intensywnej dyskusji niewiele znalazło się czasu na odpoczynek i beztroskę. W końcu po godzinie piętnastej I Sekretarz Najwyższy, ku naszemu zmartwieniu, pożegnał się przyjacielskim uśmiechem i odjechał w kierunku lotniska.
Powoli z murów KC odpływała atmosfera lekkiego zdenerwowania, która zawsze towarzyszy wizytom tak wspaniałych gości. Wyjęliśmy również z szafek radioodbiorniki, uznaliśmy bowiem, że nie będąc robotnikami ani rolnikami nie jesteśmy klasą robotniczą w takim ujęciu, jakie proponowali badacze wspomnianego Instytutu, pozostajemy zatem niepodatni na jakikolwiek wpływ muzyki z radia. Okazało się ponadto, że znaczna część specjałów przygotowanych na posiłek dla gości, pozostała nieruszona. Aby nie zmarnować trudu, jaki wiele rodzimych spółdzielni rolno-przemysłowych włożyło w produkcję tego poczęstunku, postanowiliśmy ochoczo skonsumować te dary ojczystej ziemi. 
Teraz czekamy na najbliższe plenum Komitetu, gdzie I Sekretarz przekaże nam wszelkie wnioski, porady i wytyczne, jakie wypracowano w ciągu dwóch dni ciężkich obrad. 

niedziela, 14 października 2012

Szczęśliwy


Tym razem się udało i Felix skoczył. I pobił Felix trzy rekordy z czterech, które do pobicia miał. I patrzał świat cały jak skacze Felix i skakał świat cały z Felixem.
Momentalnie pojawił się fenomen, który niezupełnie rozumiem. Nagle, w dobie kryzysu gospodarczego, nadciągających wyborów prezydenckich w USA, trzeciego expose miłościwie nam panującego premiera, wreszcie w przededniu wielkiej bitwy z Anglią o Brazylię, polskim Internetem zawładnął facet, któremu zachciało się skoczyć ze spadochronem z niemal czterdziestu kilometrów. Naprawdę, nawet na stronie „Naszego Dziennika” informacja o wyczynie Austriaka jest dzisiejszego wieczoru w czołówce!
Ale jak to? Cholera, no nie rozumiem! Nie rozumiem a jednocześnie tak mnie to poruszyło, że postanowiłem ad hoc zastanowić się nad tym zjawiskiem. Czym jest ten „spadający Felix”? Co on takiego znaczy, że Internet zbiorowo szczytuje na jego widok?
Koleś mozolnie przez trzy godziny wznosi się balonem na granicę między Ziemią a kosmosem tylko po to, żeby następnie w kilka minut stamtąd zlecieć. Przypominam (za parę lat możemy o tym, oby tak się stało, nie pamiętać) – kryzys gospodarczy a tu metafora spadania po długotrwałym wznoszeniu się ku górze. Czyli, że to lot ku przestrodze? Na zbudowanie wysokiej pozycji trzeba czasu i wysiłku (w tym przypadku mamy wysiłek mnóstwa ludzi, którzy wywieźli Felixa tak wysoko), tymczasem upadek na samo dno zajmuje tylko chwilę – takie ma być przesłanie?
A może inaczej. Spadanie Austriaka zinterpretujmy jako moment wyzwolenia, wyrwania się poza wszelkie ramy rzeczywistości, oderwania od świata, cywilizacji, podatków, problemów trzeciego świata, międzynarodowego terroryzmu i globalnego ocieplenia. Zresztą, zauważmy angielskie określenie: freefall. Felix spadając był free, był tak bardzo free, jak nikt na powierzchni naszej planety być free nie może. Dotknął kwintesencji wolności. Oto więc człowiek prawdziwie wolny! Nieograniczony! Oczywiście jeśli nie licząc specjalistycznego kombinezonu, bez którego cała zabawa byłaby niemożliwa…
Albo nie, daruję sobie wydumane interpretacje o kondycji człowieka współczesnego, próbujące w sposób spauperyzowany otrzeć się o filozofię – w końcu nie nazywam się Coelho. Po prostu facet wymyślił sobie coś niezwykłego, szaleńczego, naznaczonego znacznym ryzykiem a do tego widowiskowego, więc medialnego. Wymyślił i zrobił to, oczywiście w blasku fleszy, bez których jego skok zupełnie nic by nie znaczył. Skoczył z wysokości czterdziestu kilometrów (ciekawe jaki procent Amerykanów jest w stanie przejechać tyle jednego dnia na rowerze?), spadając przekroczył prędkość dźwięku (ktoś potrafi sobie w ogóle wyobrazić „jak to jest”?) a nade wszystko – przeżył.
Czyż to nie jest zajebiste? Jest. Czy jest aż tak zajebiste, jak to ukazano? Nie wiem.
Co do jednego natomiast nie mam wątpliwości: wolę słyszeć o spadającym Felixie niż o wielkości penisa Liama Neesona…

środa, 10 października 2012

Słodko


W zeszłym tygodniu, w jednej z modnych warszawskich cukierni, miała miejsce uroczysta prezentacja połączona z degustacją wyrobów czekoladowych. Imprezę prowadził znany Prezenter telewizyjny, główną atrakcję wieczoru stanowiły zaś pokazy i prezentacja znanego belgijskiego Cukiernika, autora licznych publikacji w tym temacie. Zaproszono licznych gości, których znaczną część stanowili przedstawiciele najważniejszych partnerów biznesowych cukierni. Finałem imprezy było losowanie nagród i konsumpcja ogromnego tortu. Po jaką cholerą o tym piszę? Otóż: byłem tam! Byłem, reprezentując mojego zacnego pracodawcę.


Na dzień dobry wszedłem drugim wejściem. Z tej strony nikt na mnie nie czekał i nikt nie sprawdzał. Oznacza to mniej więcej tyle, że pan Rysiek, przyczajony gdzieś w bramie na Hożej lub Żurawiej, mógłby dość swobodnie wejść na teren imprezy, przez czas jakiś delektować się pysznymi czekoladkami a może nawet załapałby się na lampkę wina o standardzie daleko przekraczającym jakość jego codziennych trunków. Żaden pan Rysiek najwyraźniej jednak o takiej możliwości nie wiedział, gdyż żadnego nie zauważono/wyczuto. 
Przedarłem się przez narastający tłum gości w kierunku właściwego wejścia, gdzie moje przybycie zostało zarejestrowane a mnie ugoszczono szampanem z maliną. Szampan nie bardzo mi smakował. Maliny nie próbowałem, bo inni goście solidarnie zostawiali ją na dnie opróżnionych kieliszków nie wykazując najmniejszych intencji konsumpcji owocu. Nie wiem, czy tak wypadało, czy może mieli przekonanie, że malina zanurzona w tak niedobrym szampanie również będzie niedobra.
Na początku nie wiedziałem, czy już można jeść. W poszukiwaniu wskazówek zwróciłem uwagę na zachowanie innych gości. A byli to naprawdę goście z klasą. Modne ubrania, modne uczesania, szykowne gesty, teatralne uśmiechy. O, żebyście widzieli, jak oni się poruszali, jak trzymali kieliszki, genialnie udając, że szampan jest wyborny. Żebyście widzieli tych eleganckich mężczyzn, ich nienagannie leżące na ramionach marynarki, ich opromienione blaskiem gustu buty. Albo te kobiety, archetypy wytworności i dobrego smaku. Zaprawdę pierwsza klasa.I to Ekspress Intercity! A w tym ekspresie ja, udający parweniusza, zagubiony przybłęda z wagonu przesyłek konduktorskich TLK, który jakimś szczęśliwym trafem otrzymał szansę wściubienia nosa w sprawy wyższych sfer. Ale wróćmy do rzeczy: otóż inni goście z większą lub mniejszą śmiałością degustowali z grubsza wszystko, co stało w zasięgu dyskretnego ruchu ręką. Podążyłem tym tropem. Szybko okazało się, że poza czekoladkami, zdegustować można również drinka; tutaj zaproszeni nie okazywali już kurtuazyjnej nieśmiałości, ja zaś ponownie ruszyłem w ich ślady. Niestety, gdy dotarłem do baru okazało się, że w barmańskim shakerze zostało już niewiele napoju. Barman zapytał mnie, czy mam ochotę zaczekać do kolejnego zmieszania składników, uznałem jednak, że zadowolę się tym co zostało. W efekcie otrzymałem niespełna pół porcji drinka. Akurat do degustacji. Cóż, ślepy los nawet w tak licznym i pozornie jednorodnym skupisku ludzi potrafi odróżnić lepszych od gorszych.
Drink nie rzucił mnie na kolana, choć po szampanie stanowił niewątpliwy progres. Tymczasem przybywało gości, którzy coraz śmielej konsumowali czekoladowe wyroby. Ja również konsumowałem. Czekoladka z solą, czekoladka z czerwonym pieprzem, czekoladka z jasnej czekolady, czekoladka z miętą, czekoladka w kształcie serduszka, czerwone wino. Tak moi drodzy, wino. Drink szybko się skończył a ja poczułem się nieswojo odstawiwszy szklankę na stolik. Pustka w dłoniach powodowała u mnie niepokój, podszedłem więc do baru i uzbroiłem się w kieliszek czerwonego wina. Od razu zrobiło mi się lepiej. Zresztą ja zawsze czuje się pewniej z kieliszkiem, ewentualnie kufelkiem, w dłoni. No tak już mam.
Pojawił się jednak pewien dylemat: czy trzymać kielona za nóżkę czy za łepetynę. Pomyślałem: "Jestem tymczasowym satelitą na orbicie wyższych sfer, muszę się dostosować. Patrzę wokół: dwie osoby piją białe wino i trzymają kieliszki za nóżkę. No ale białe jest schłodzone a moje czerwone w temperaturze pokojowej. Szukam wzrokiem dalej. Wreszcie są: dwie panie z czerwonym trunkiem. Jedna trzyma tak, druga tak. Cholera, chyba celowo tak robią, żeby mnie zdezorientować. Trudno, odwołam się do logiki: jeśli schłodzone wino trzyma się za nóżkę to po to, by go nie ogrzewać. Jeśli czerwone jest już ciepłe to mogę je złapać za puchar - i tak mu nie zaszkodzę. Ale zaraz, ostatnio ktoś mi mówił, że savoir vivre to zbiór fundamentalnych zasad, które są, bo są, a nie są, bo z czegoś logicznie wynikają. No i znowu jestem w kropce. Pieprzę to, trzymam za łepek, bo tak mi wygodniej!"
Nagle usłyszałem znajomy głos. W pierwszej chwili sądziłem, że ktoś za ścianą włączył Teleekspres, ale przecież było już po siódmej wieczorem. Dopiero po chwili dostrzegłem źródło głosu: znany Prezenter witał zebranych gości i zapraszał do degustacji. Niestety, czy to na skutek słabego sprzętu nagłaśniającego, czy też z powodu marnej akustyki pomieszczenia, trudno było dokładnie zrozumieć jego słowa. Problem okazał się nie do przeskoczenia, gdy mikrofon przejęła pani Prezes a po niej ów słynny, belgijski Cukiernik. Z jego prezentacji, wygłoszonej po francusku i tłumaczonej na bieżąco przez p. Prezes, niemal nic nie dało się usłyszeć, mogłem natomiast uważnie przyjrzeć się Mistrzowi. Wszak nieczęsto się takich Mistrzów widuje i nawet jeśli nie słychać co mówią, sama możliwość obserwacji już w jakiś sposób nobilituje obserwującego. Po kilku minutach uznałem, że już wystarczająco nagapiłem się na Mistrza. Postanowiłem zgarnąć jeszcze kilka czekoladek i udać się po drugą lampkę wina (które z wszystkich serwowanych trunków najbardziej przypadło mi do gustu). 
Po prezentacji wjechał tort. Nawet nie wiem, czy był tylko niezły, czy może wybitny. Do tego momentu zdążyłem się już bowiem nażreć tylu czekoladek, że kawałek tortu przyjąłem tylko po to, by nie wyjść na gbura. 
Tymczasem zaczęło się losowanie nagród dla zebranych gości. I tym razem los okazał się bytem w pełni świadomym w swych działaniach, w związku z czym mnie nikt nie wylosował. Na pocieszenie pozostała mi trzecia lampka wina i kilka ciasteczek, które każdy otrzymywał przy wyjściu.
Wpół do dziewiątej byłem już w drodze do domu. Skończyła się moja mała przygoda z wielkim światem. Na całe szczęście. Dawno już nie miałem tak silnego poczucia, że znalazłem się w rzeczywistości, do której zupełnie nie pasowałem, i która zupełnie mi nie pasowała. Szczerze mogę sobie powiedzieć: gdyby nie poczucie obowiązku i szacunek dla roli reprezentanta mojej firmy, nie wytrzymałbym do końca. No dobra, to wino też w jakiś sposób powstrzymywało mnie przed ucieczką. Inaczej nie doczekałbym wystąpienia Prezentera, nie spojrzał w oblicze Mistrza, nie uszczknął nic z wielkiego tortu i poczuł goryczy złudzenia, że może coś wygram w loterii.

P.S. Następnego dnia zajrzałem na pewien serwis winiarski. Napisano tam wyraźnie: kieliszek zawsze trzymać za nóżkę, trzymanie za puchar oznacza "mentalność piwnego opoja". Czyli jednak słusznie postąpiłem, trzymając kielich za łepek. Uczciwie. Szczerze. Adekwatnie do mentalności.

poniedziałek, 24 września 2012

Temat

Stało się! Wielka, prawdziwa tragedia! 
Na skutek wypadku takiego a takiego, o godzinie tej i tej, poniósł śmierć na miejscu. A więc jest trup. A jak jest trup to jest i Temat!
Wóz transmisyjny pędzi na miejsce z nadmierną w stosunku do przepisów prędkością. Kierowca czuje, że powinien nieco zwolnić, ale na jego delikatną sugestię redaktor główny odpowiada krótko: "Konkurencja też jedzie na wariata, trzeba zapierdalać."
No to zapierdalamy.
Wreszcie jesteśmy na miejscu, w niewielkiej miejscowości, zapomnianej przez świat wielkiej polityki i kapitalizmu. Jest idealnie; mała, zapyziała wioska znakomicie pasuje do Tematu. Jeśli dzieje się tragedia to najlepiej gdzieś na zadupiu. Duże miasta pozbawione są nimbu tragizmu, historie ich mieszkańców słabiej chwytają za serce, rozmywają się z setkami różnych innych wydarzeń, przez co tracą na sile przekazu. Co innego mała wioska: tu przez lata nic się nie dzieje, by jedna tragedia przewróciła życie jej mieszkańców do góry nogami. I takie przewroty ludzie chcą oglądać, takie przewroty się sprzedają!
Ciało zostało już usunięte. Trochę szkoda. Czarny worek na środku jezdni to dobry obraz na początek materiału. Motyw nieco już wyeksploatowany, ale wciąż atrakcyjny. Najlepiej oczywiście w wariancie z nogą lub ręką wystającą spod czarnej płachty. Kończyna trupa pogłębia intensywność przeżyć, kreuje wiarygodność przekazu, mówi odbiorcy: tam leży ciało człowieka, który jeszcze całkiem niedawno żył.
No ale nie ma już worka. Kręcimy zatem jezdnię. Zoomujemy na spękania w asfalcie, na przestarzałe płyty chodnikowe, na rozpadający się krawężnik. Oto metafora kruchości ludzkiego życia odnaleziona cudownym okiem kamery akurat  w miejscu tragedii. Prawie, jakby ten trup jeszcze tam leżał.
Po detalach trzeba pokazać szerszy plan, krajobraz wioski. Tu jest świetnie, mamy peerelowski skansen, stare niszczejące chałupy, zarosłe chwastami podwórka, smutny ugór ciągnie się po horyzont. Mamy szczęście, scenografia pasuje tak dobrze, że nie trzeba będzie sięgać po materiały nagrane w zeszłym roku na Białorusi. Żadnych dokrętek, wszystko jest na miejscu.
Okej, jest biedna wioska, potrzebni są jeszcze biedni ludzie. Tych również nie brakuje, zlecieli się błyskawicznie, w końcu mają swojego, lokalnego trupa. Większość zresztą umarlaka znała, tym lepiej dla nas. Przyszedł sołtys, ale zbyt elegancki; dobry garnitur, markowy zegarek. Nie pasuje. Za to tamten dziadek pod płotem prezentuje się znacznie lepiej. O, i nawet jest nieco wczorajszy. Pan Henryk? Proszę coś powiedzieć do kamery. Niech pan po prostu mówi przez dwie, trzy minuty; my coś z tego zmontujemy. Dobra, postawimy ćwiartkę, tylko niech pan już mówi. Jak to pan go nie znał? Wy się tu przecież wszyscy znacie! Chcę pan tę ćwiartkę? Aha, czyli jednak trochę pan kojarzy? Świetnie, proszę mówić.
Pan Henryk coś tam powiedział, rewelacji nie ma, ale zawsze można wstawić kilkusekundowe zbliżenie na jego pijacką gębę. Przydałby się jednak ktoś jeszcze. Popatrzmy, poszukajmy...
Jest! Wspaniale, ale mamy dzisiaj fart. Szybko, uchwyć kamerą tę pochlipującą z boku babę. Rycząca baba - to będzie piękny finał tego materiału, to jest wisienka na torcie naszego Tematu!. Wiele można przetrzymać bez wzruszenia: ponurą wioskę, czarny worek, zapijaczonego pana Henia. Ale ryczącą babę, charczącą i pochlipującą kilkadziesiąt centymetrów przed kamerą? Chwyta za serce, nie? Spójrzcie w jej oczy: szczere wzruszenie, smutek, troska, przejęcie, niedowierzanie. To są prawdziwe emocje! Boże, jak rzadko widujemy dziś w telewizji takie prawdziwe emocje! Ostatnio w jednym z tygodników branżowych jeden z ekspertów stwierdził, że (cytuję): "trzydzieści sekund autentycznych emocji wartością marketingową odpowiada nawet trzydziestu minutom popularnego talent show". 
Dobra, mamy wszystko! Staruszka chciałaby coś jeszcze dodać, ale zdążyliśmy wyłączyć kamery. Zresztą, przestała płakać, po co nam taka baba, co nie ryczy?
Zwijamy sprzęt, teraz migiem do studia. Trzeba to jeszcze ładnie złożyć przed głównym wydaniem. Tak, żeby naprawdę poruszyło widzów. Żeby im się to na swój sposób spodobało.
Reklamodawcom też się wówczas spodoba.

sobota, 24 marca 2012

Kajzerka

Podejmowaliście kiedykolwiek próbę analizy wewnętrznej struktury kajzerki? Ja właśnie w tym momencie podjąłem. Mój wzrok, skupiony początkowo na chropowatej, lekko spieczonej w mikrofali skorupie bułki, powędrował spokojnie ku nadgryzionej krawędzi, gdzie tak dobrze wszystkim znana zewnętrzna faktura wypieku odcinała się zdecydowanie od wewnętrznej tkanki. Stanąłem u progu nowego świata, pszenicznego mikrokosmosu, paralelnej, piekarniczej rzeczywistości, której jestestwa nikt nigdy nie próbował zgłębić ani opisać. Oto szansa, ale i konieczność, wyzwanie, ale i obowiązek wobec ludzkości, wobec polskości oraz wobec polskiej tradycji konsumpcji kajzerek. Ludzkość sporo już osiągnęła. Rozbiliśmy atom na protony, elektrony i neutrony, rozgrzebaliśmy proton i znaleźliśmy w nim kwarki, odkryliśmy penicylinę oraz DNA i za oba odkrycia przyznaliśmy sobie Nagrodę Nobla, wymyśliliśmy mityczny nektar, by następnie nauczyć się go produkować ze zboża lub ziemniaków, wysłaliśmy człowieka na księżyc i robota na Marsa, napisaliśmy siedem tomów „W poszukiwaniu straconego czasu” i nakręciliśmy siedem części „Piły”, wynaleźliśmy liczydło, komputer, Windowsa, Internet, fejsbuka, i FarmVille, jak to zatem w ogóle możliwe, że nikt do tej pory nie podjął trudu opisania wewnętrznej struktury kajzerki!? Cóż za zaniedbanie! Ale oto nadszedł ten moment, w którym ja, Marek, zwykły i anonimowy pracownik administracyjny, naprawię tę potworną dziejową krzywdę.

Wniknąłem zatem w niezbadaną strukturę mojej bułki. Przedarłszy się przez grubą warstwę na poły roztopionego żółtego sera oraz wciąż jeszcze gorący plasterek kiełbasy suchej krakowskiej, wpadłem w labirynt niespotykanych wprost rozmiarów, w nieuporządkowany system korytarzy i komór tak ogromny i różnorodny, że próba jego pobieżnego choćby sklasyfikowania kosztować mnie będzie wiele lat teoretycznych rozważań i ciężkich badań terenowych. Ostrożnie, niewprawnym krokiem początkującego speleologa, wstępowałem w ten tajemny świat, świat wielkich grot, ciasnych szczelin, świat bezdennych szybów i pozbawionych horyzontu płaskowyżów, przede wszystkim zaś świat dziewiczej, dojmującej pustki. Chłonąłem tę pustkę chciwymi nozdrzami, czując jak wypełnia me płuca, jak je rozszerza zmuszając do walki o przestrzeń z żebrami. I wtedy zwróciłem uwagę na ściany, na te majestatyczne płaszczyzny ustawione ręką niewidzialnego murarza-artysty. Mistycyzm formy, eklektyczna harmonia kubizmu z secesją, romańskiej bryły z barokowym ołtarzem. Oto odkryłem świat idealny. Nagle dotarło do mnie, że tu, we wnętrzu mej kajzerki, która jeszcze przed chwilą nie mogła pretendować do roli wznioślejszej niż status zwykłego przedmiotu konsumpcji, właśnie tu niepodzielnie panowała absolutna Cisza, najgłębsza, jakiej kiedykolwiek doznałem, najpiękniejsza z wszystkich Cisz!

piątek, 6 stycznia 2012

początek

Jeżeli kiedyś wydam książkę to będzie ona zbiorem kilkudziesięciu początków różnych książek, które zamierzałem napisać a potem wydać, a których pisanie kończyło się najdalej po kilku stronach. Oto jeden z takich początków, datowany na 2006 rok.



Maciek z Milanówka opisał dzieje swojego żywota. Po wielu głębokich rozmyślaniach, doszedłszy do wniosku, iż żywot ów wart jest upamiętnienia, przystąpił do pracy.

(...) Zamiast tego zobaczyłem salę długości około 10 metrów, w niej kilkanaście stolików i tyluż małych ludków, którzy najwyraźniej również zupełnie niedawno dostąpili zaszczytu zjawienia się na świecie. Wniosek ów, pierwszy w moim własnym życiu, nie opierał się na żadnej podstawie rozumowej - właściwości i potęga logosu miały mi zostać objawione nieco później. Opierał się na intuicji. Już wkrótce poinformowano mnie, że był on słuszny oraz że znajduję się w specjalistycznym ośrodku dla nowo przybyłych na świat. Ośrodek ów był, jak w niedługim czasie odkryłem, oddziałem potężnej instytucji, rozpowszechnionej w wielu częściach świata, mającej za zadanie przystosowywać młode osobniki do życia i wprowadzać je małymi kroczkami w labirynty świata. Instytucja ta z dawien dawna nosiła miano Żłobka…

Początki rzadko bywają łatwe. Mój również nie był. Znaleźć się nagle w jakimś przeogromnym świecie, gdzie zna się raptem dwie osoby o niepokojąco prymitywnych, jeśli chodzi o strukturę słowotwórczą, imionach, czyli „mama” i „tata” może być ciężkim doświadczeniem dla niejednego. A taki problematyczny start bynajmniej nie rokuje dobrze na przyszłość. Łatwo więc ulec zniechęceniu, co też i mnie się przytrafiło.
Mówiąc najprościej - zupełnie nie mogłem się odnaleźć w zastanej rzeczywistości. Inne ludki, które na nowy dla nich świat reagowały w podobnie alergiczny sposób, były mi zupełnie obce, choć zmuszone stawić czoła zupełnie analogicznym problemom, co podobno jest silnym czynnikiem integrującym. Po prostu w żaden sposób nie potrafiłem nawiązać z nimi kontaktu. To było szalenie ambiwalentne - z jednej strony miało się świadomość, że są tacy, jak ja, z drugiej zaś zupełnie brakowało pomysłów na interakcję. Bo co w końcu, miałem podejść i zapytać pierwszego lepszego z brzegu ludka: Witam kolegę/koleżankę, jak kolega/koleżanka odnajduje się w tym świecie, do którego kolegę/koleżankę przydzielono? Zupełnie bez sensu; wyszedłbym na bezwartościowego bubka i jeszcze bardziej pogrążyłbym swój życiowy start. Głupio byłoby strzelać sobie samobója na początku meczu. Postanowiłem więc zaczekać na okazję, zdarzenie stwarzające szanse na zawarcie pierwszej znajomości. Do tego zaś czasu należało przyjąć najbezpieczniejszą z możliwych postawę konformistyczną. Zacząłem więc ryczeć, jak i wszyscy inni ludkowie.

Tak, należy to przyznać - płacz był dosyć prymitywną formą eskapizmu. Jednocześnie trzeba jednak pamiętać, że póki co brakowało rozsądnej alternatywy. Funkcjonując w świecie zero-jedynkowym nikt nie chciał być zerem, wszyscy więc „jedynkowaliśmy” poprzez płacz; manifestowaliśmy własną obecność oraz niezadowolenie z własnego statusu, jawiącego się jako coś pośredniego między niebytem a „prawdziwym” życiem, choć nikt z nas nie rozumiał wówczas cóż ta „prawdziwość” miała oznaczać i na czym polegać. Lepiej było w naszym odczuciu wziąć udział w zbiorowym buncie inicjacyjnym niż trwać w półśnie i odwlekać moment ostatecznego rozbudzenia.
Argumentami zachęcającym do płaczu były ponadto dość liczne pożytki natury ekonomiczno-materialnej. Wystarczyło zacząć ryczeć, przybierając jednocześnie nieco dramatyczny wyraz twarzy, by zwrócić na siebie uwagę obsługi naszego ośrodka, która natychmiast spieszyła z wszelkimi formami materialnych udogodnień poczynając od ciepłego mleczka (co jednak nie przez wszystkich ludków było reflektowane) po kolorowe przedmioty o nieskomplikowanej konstrukcji i pociesznej aparycji zwane przez obsługę zabawkami. Mnie te powody w zupełności wystarczały, by zaniechać płaczu na jakiś czas, choć, jak wnikliwy czytelnik zapewne zauważył, były to bardzo płytkie i bardzo doraźne formy przyjemności. Usprawiedliwiałem się tym, że jestem dosyć nowym ludkiem i wobec takiej okoliczności mogę sobie darować głębokie zaangażowanie w proces poznawania zmysłowego, zwłaszcza, że obsługa ośrodka nie wykazywała intelektualnych zdolności do zaoferowania bardziej metafizycznego substytutu tych tak zwanych zabawek.