wtorek, 30 października 2012
Rzygam
czwartek, 25 października 2012
Wizyta
Przyjechała delegacja z centrali naszej spółki-matki. Przyjechał nasz wspaniały Król z dumnej i bogatej Holandii, by zobaczyć jak wiedzie się jego skromnemu wasalowi w odległych i dzikich nieco krainach Wschodu. Władca przyjechał z większą świtą niż zwykle, obok jego sekretarza pojawiło się jeszcze dwoje dostojników, których dotąd nie gościliśmy w naszych komnatach. Na lotnisko, swą pozłocistą karetą marki Jeep, wyjechał po nich sam Książę. Wszystko na zamku zostało przygotowane już wcześniej, książę zadbał o to, by cały dwór należycie przygotował się do tej wizyty. Musieliśmy uprzątnąć wszystkie komnaty a także, zgodnie z obyczajami krajów, z których nasz Władca się wywodził, pochować radioodbiorniki do szafek. Po dziesiątej znamienici goście weszli do zamku i po krótkim ceremoniale powitania z dworem udali się do komnaty konferencyjnej. Król, jak zawsze przy okazji takich wizyt, tryskał dobrym humor, uśmiechał się, żartował. Jest to niewątpliwie jeden z tych władców, którzy ujmują lenników swym usposobieniem a wobec odwiedzanego dworu zawsze odnoszą się przyjaźnie, niezależnie od charakteru wizyty.
Przyjechali!
Przyjechali nasi goście z bratniego kraju holenderskiego, przyjechał sam I Sekretarz Najwyższy Komitetu Centralnego naszej spółki-matki, w asyście kilkorga zacnych i zasłużonych dla idei towarzyszy. Z lotniska odebrani zostali osobiście przez naszego I Sekretarza, który na tę okoliczność przygotował swą wspaniałą, pozłacaną limuzynę. Przygotowania trwały już zresztą od wielu dni. Wszyscy pracownicy biura Komitetu Centralnego rzetelnie przygotowywali się do wizyty, przeprowadzono wielkie porządki i uporządkowano akta. Pochowano także radioodbiorniki, gdyż ostatnie badania prowadzone na Instytucie, który ukończył sam I Sekretarz Najwyższy, udowodniły, że muzyka z radia zmniejsza wydajność klasy pracującej i działa nań demoralizująco. Obalono tym samym mit "dobrego radia" lansowany dotąd z takim uporem przez wrogą propagandę.
niedziela, 14 października 2012
Szczęśliwy
środa, 10 października 2012
Słodko
poniedziałek, 24 września 2012
Temat
sobota, 24 marca 2012
Kajzerka
Podejmowaliście kiedykolwiek próbę analizy wewnętrznej struktury kajzerki? Ja właśnie w tym momencie podjąłem. Mój wzrok, skupiony początkowo na chropowatej, lekko spieczonej w mikrofali skorupie bułki, powędrował spokojnie ku nadgryzionej krawędzi, gdzie tak dobrze wszystkim znana zewnętrzna faktura wypieku odcinała się zdecydowanie od wewnętrznej tkanki. Stanąłem u progu nowego świata, pszenicznego mikrokosmosu, paralelnej, piekarniczej rzeczywistości, której jestestwa nikt nigdy nie próbował zgłębić ani opisać. Oto szansa, ale i konieczność, wyzwanie, ale i obowiązek wobec ludzkości, wobec polskości oraz wobec polskiej tradycji konsumpcji kajzerek. Ludzkość sporo już osiągnęła. Rozbiliśmy atom na protony, elektrony i neutrony, rozgrzebaliśmy proton i znaleźliśmy w nim kwarki, odkryliśmy penicylinę oraz DNA i za oba odkrycia przyznaliśmy sobie Nagrodę Nobla, wymyśliliśmy mityczny nektar, by następnie nauczyć się go produkować ze zboża lub ziemniaków, wysłaliśmy człowieka na księżyc i robota na Marsa, napisaliśmy siedem tomów „W poszukiwaniu straconego czasu” i nakręciliśmy siedem części „Piły”, wynaleźliśmy liczydło, komputer, Windowsa, Internet, fejsbuka, i FarmVille, jak to zatem w ogóle możliwe, że nikt do tej pory nie podjął trudu opisania wewnętrznej struktury kajzerki!? Cóż za zaniedbanie! Ale oto nadszedł ten moment, w którym ja, Marek, zwykły i anonimowy pracownik administracyjny, naprawię tę potworną dziejową krzywdę.
Wniknąłem zatem w niezbadaną strukturę mojej bułki. Przedarłszy się przez grubą warstwę na poły roztopionego żółtego sera oraz wciąż jeszcze gorący plasterek kiełbasy suchej krakowskiej, wpadłem w labirynt niespotykanych wprost rozmiarów, w nieuporządkowany system korytarzy i komór tak ogromny i różnorodny, że próba jego pobieżnego choćby sklasyfikowania kosztować mnie będzie wiele lat teoretycznych rozważań i ciężkich badań terenowych. Ostrożnie, niewprawnym krokiem początkującego speleologa, wstępowałem w ten tajemny świat, świat wielkich grot, ciasnych szczelin, świat bezdennych szybów i pozbawionych horyzontu płaskowyżów, przede wszystkim zaś świat dziewiczej, dojmującej pustki. Chłonąłem tę pustkę chciwymi nozdrzami, czując jak wypełnia me płuca, jak je rozszerza zmuszając do walki o przestrzeń z żebrami. I wtedy zwróciłem uwagę na ściany, na te majestatyczne płaszczyzny ustawione ręką niewidzialnego murarza-artysty. Mistycyzm formy, eklektyczna harmonia kubizmu z secesją, romańskiej bryły z barokowym ołtarzem. Oto odkryłem świat idealny. Nagle dotarło do mnie, że tu, we wnętrzu mej kajzerki, która jeszcze przed chwilą nie mogła pretendować do roli wznioślejszej niż status zwykłego przedmiotu konsumpcji, właśnie tu niepodzielnie panowała absolutna Cisza, najgłębsza, jakiej kiedykolwiek doznałem, najpiękniejsza z wszystkich Cisz!
piątek, 6 stycznia 2012
początek
Maciek z Milanówka opisał dzieje swojego żywota. Po wielu głębokich rozmyślaniach, doszedłszy do wniosku, iż żywot ów wart jest upamiętnienia, przystąpił do pracy.
(...) Zamiast tego zobaczyłem salę długości około 10 metrów, w niej kilkanaście stolików i tyluż małych ludków, którzy najwyraźniej również zupełnie niedawno dostąpili zaszczytu zjawienia się na świecie. Wniosek ów, pierwszy w moim własnym życiu, nie opierał się na żadnej podstawie rozumowej - właściwości i potęga logosu miały mi zostać objawione nieco później. Opierał się na intuicji. Już wkrótce poinformowano mnie, że był on słuszny oraz że znajduję się w specjalistycznym ośrodku dla nowo przybyłych na świat. Ośrodek ów był, jak w niedługim czasie odkryłem, oddziałem potężnej instytucji, rozpowszechnionej w wielu częściach świata, mającej za zadanie przystosowywać młode osobniki do życia i wprowadzać je małymi kroczkami w labirynty świata. Instytucja ta z dawien dawna nosiła miano Żłobka…
Początki rzadko bywają łatwe. Mój również nie był. Znaleźć się nagle w jakimś przeogromnym świecie, gdzie zna się raptem dwie osoby o niepokojąco prymitywnych, jeśli chodzi o strukturę słowotwórczą, imionach, czyli „mama” i „tata” może być ciężkim doświadczeniem dla niejednego. A taki problematyczny start bynajmniej nie rokuje dobrze na przyszłość. Łatwo więc ulec zniechęceniu, co też i mnie się przytrafiło.
Mówiąc najprościej - zupełnie nie mogłem się odnaleźć w zastanej rzeczywistości. Inne ludki, które na nowy dla nich świat reagowały w podobnie alergiczny sposób, były mi zupełnie obce, choć zmuszone stawić czoła zupełnie analogicznym problemom, co podobno jest silnym czynnikiem integrującym. Po prostu w żaden sposób nie potrafiłem nawiązać z nimi kontaktu. To było szalenie ambiwalentne - z jednej strony miało się świadomość, że są tacy, jak ja, z drugiej zaś zupełnie brakowało pomysłów na interakcję. Bo co w końcu, miałem podejść i zapytać pierwszego lepszego z brzegu ludka: Witam kolegę/koleżankę, jak kolega/koleżanka odnajduje się w tym świecie, do którego kolegę/koleżankę przydzielono? Zupełnie bez sensu; wyszedłbym na bezwartościowego bubka i jeszcze bardziej pogrążyłbym swój życiowy start. Głupio byłoby strzelać sobie samobója na początku meczu. Postanowiłem więc zaczekać na okazję, zdarzenie stwarzające szanse na zawarcie pierwszej znajomości. Do tego zaś czasu należało przyjąć najbezpieczniejszą z możliwych postawę konformistyczną. Zacząłem więc ryczeć, jak i wszyscy inni ludkowie.
Tak, należy to przyznać - płacz był dosyć prymitywną formą eskapizmu. Jednocześnie trzeba jednak pamiętać, że póki co brakowało rozsądnej alternatywy. Funkcjonując w świecie zero-jedynkowym nikt nie chciał być zerem, wszyscy więc „jedynkowaliśmy” poprzez płacz; manifestowaliśmy własną obecność oraz niezadowolenie z własnego statusu, jawiącego się jako coś pośredniego między niebytem a „prawdziwym” życiem, choć nikt z nas nie rozumiał wówczas cóż ta „prawdziwość” miała oznaczać i na czym polegać. Lepiej było w naszym odczuciu wziąć udział w zbiorowym buncie inicjacyjnym niż trwać w półśnie i odwlekać moment ostatecznego rozbudzenia.
Argumentami zachęcającym do płaczu były ponadto dość liczne pożytki natury ekonomiczno-materialnej. Wystarczyło zacząć ryczeć, przybierając jednocześnie nieco dramatyczny wyraz twarzy, by zwrócić na siebie uwagę obsługi naszego ośrodka, która natychmiast spieszyła z wszelkimi formami materialnych udogodnień poczynając od ciepłego mleczka (co jednak nie przez wszystkich ludków było reflektowane) po kolorowe przedmioty o nieskomplikowanej konstrukcji i pociesznej aparycji zwane przez obsługę zabawkami. Mnie te powody w zupełności wystarczały, by zaniechać płaczu na jakiś czas, choć, jak wnikliwy czytelnik zapewne zauważył, były to bardzo płytkie i bardzo doraźne formy przyjemności. Usprawiedliwiałem się tym, że jestem dosyć nowym ludkiem i wobec takiej okoliczności mogę sobie darować głębokie zaangażowanie w proces poznawania zmysłowego, zwłaszcza, że obsługa ośrodka nie wykazywała intelektualnych zdolności do zaoferowania bardziej metafizycznego substytutu tych tak zwanych zabawek.