niedziela, 14 listopada 2010

to miasto

Przechodnia
ładna dziewczyna pod Capitolem, jej oczy błyszczą pogodnym brązem
Senatorska
dresiarz o tępym spojrzeniu próbuje mnie zaczepić, następny, któremu dwóch złotych brakuje na alkohol, choć przy tak niskiej ilości szarych komórek w ogóle nie powinien go spożywać, omijam sugestywnym łukiem, muzyka w słuchawkach zagłusza gniewny szelest ortalionu
Plac Zamkowy
slalom wśród dziesiątków aparatów fotograficznych bezlitośnie wymierzonych w Zamek i nieszczęsnego Zygmunta III Wazę
Dobra
nieszczęśni studenci i bibliofile trwają w przemieszaniu z tymi, którzy stęsknili się za Wisłą
Solec
kandydat na Radnego pod czerwonym namiotem obok Pomnika Chwała Saperom składa wybuchowe obietnice; przyszłość pokaże, że to głównie niewypały
Szwoleżerów
szczęśliwe młode małżeństwa wożą swe pociechy w nowoczesnych wózkach, jest słonecznie i ciepło, piękna pogoda, nie ma sensu myśleć o rozwodzie, przecież to dopiero za kilka lat
Podchorążych
panie w delikatesach są dziś w dobrych humorach, mało klientów, można częściej wychodzić na papieroska
Bobrowiecka
średniej wielkości pies głośno zawodzi, nikt się do niego nie przyznaje, ludzkie ucho jest wrażliwe na szept, ale krzyku stara się nie słyszeć
Idzikowskiego
ścieżka przy ogródkach działkowych tonie w błocie, nikt tu nie potrzebuje chodnika, szukający specyficznych wrażeń zakradają się przez dziurę w płocie do Fortu Piłsudskiego, ostatni prawdziwie miejscy turyści
Zawrat
jakiś koleś w krótkim rękawku wciąga nosem brązowy proszek i uśmiecha się do siebie, czubków, jak widać, nie brakuje
Krasickiego
dwaj chłopcy rywalizują o to, kto w bardziej spektakularny sposób wrzuci kamień do kałuży, jak piękna katastrofa!
Rakowiecka
trzy kobiety wychodzą przez potężną furtkę odprowadzane ponurym spojrzeniem strażnika, wydają się przygnębione, w końcu to nie jest furtka dla pogodnych ludzi
Pole Mokotowskie
śmigają rowerzyści, festiwal zwichrowanych fryzur i odsłoniętych kostek
Banacha
na przystanku stoi para przytulonych do siebie ludzi, podobno łączy ich prawdziwa miłość, powinniśmy ich wpisać na listę gatunków zagrożonych wyginięciem
Sękocińska
z podziemnego parkingu wyjeżdża nowiutkie Audi A6, promienie słońca odbijają się od karoserii oślepiając siedzącego po drugiej stronie ulicy bezdomnego, facet od kilku dni nosi się z zamiarem umarcia,
zresztą kierowca Audi też
Plac Zawiszy
starsza pani o kulach wparowuje na torowisko na czerwonym, motorniczy ma dobry refleks, inaczej zrobiłyby się potworne korki
Wronia
elegancki dżentelmen popija sok marchewkowy w cieniu Hiltona, spogląda w kierunku północnym, bieda to straszna rzecz – myśli i sprawdza godzinę, wskazówki Rolexa przypominają mu, że za kwadrans ma kolejne spotkanie

niedziela, 7 listopada 2010

2 minuty

w samochodzie jest ciepło, łagodnie, delikatnie; to azyl, wygodna enklawa w surowym klimacie miejskiej nocy
jest też radio, w środku jakieś CD, no to: play, chwila oczekiwania, dwa niezsynchronizowane oddechy, wyczekujące spojrzenia padają na muśnięty przed momentem trójkącik, cichutki zgrzyt, czyli, że czyta płytę, i nagle… Ah, look at all the lonely people, Eleanor Rigby na dwie minuty wypływa z głośnika i wygodnie rozsiada się na tylnym siedzeniu

pytamy czasem: ile trwa chwila; otóż, jak sądzą niektórzy, nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie, gdyż każda chwila jest jednostką na tyle autonomiczną, że posiada własną miarę, nie zawsze zresztą wyrażalną jednostkami czasu
ta bardzo konkretna chwila trwa dwie minuty

jest bliskość, dobrze wyważona, nie jakaś nachalna czy roszczeniowa, delikatność, pewność, że tych kilka elementów musi zostać zachowanych, że zostało to z góry ustalone, a jednocześnie panuje przekonanie, że wszystko jest, jak być powinno, dotyk, dotyk ma niesamowicie szerokie zastosowanie: może zabijać, ranić, niszczyć, ale może też koić, uzdrawiać, może stworzyć maleńkie sacrum na potrzebę chwili, trzeba tylko przymknąć oczy, tymczasem Eleanor podnosi ziarenka ryżu

jest ciepło; ciepło samochodowej dmuchawy i ciepło człowieka, przez szyby można spoglądać z uśmiechem i lekkością, to, co przez nie widać nas nie dotyczy, zresztą nie wiadomo, czy w ogóle istnieje, nie musi nas to obchodzić, bezwarunkowa akceptacja biegu wydarzeń to słodki przywilej nielicznych, nie musi zawsze oznaczać smutnego przyzwolenia, nie kontestujmy tego, że rzeka chce płynąć własnym, od wieków ustalonym korytem, obok ojciec McKenzie notuje słowa swego nieszczęsnego kazania

siedzimy statycznie, ale przecież nie na zawsze; po coś w końcu po każdej nocy nastaje dzień; ruch, wystarczy czasem drobne drgnięcie, by dynamika zajęła swe długo wyczekiwane miejsce, trzepot powieki, podciągnięcie kącika ust, ściągnięcie brwi, ruchu nie da się opisać, to jest chaos wypuszczony z butelki przez niefrasobliwego chemika, ulatnia się błyskawicznie, dyfunduje w rozrzedzonej rzeczywistości, nie złapiemy go, dopóki sam łaskawie nie spocznie obok kurzu na meblach, trwa pogrzeb Eleanor, ojciec McKenzie za chwilę wytrze swe ubrudzone dłonie, tylne siedzenie znowu jest puste

chwila przemija bezpowrotnie, nigdy się nie powtórzy, możemy ją co najwyżej próbować odtwarzać w niedoskonałym adapterze własnej pamięci, nie unikniemy przy tym skrzypienia igły na szybko zużywającej się płycie

radio gra dalej, leci ‘Help’, ‘Back In USSR’, ‘All You Need Is Love’ i parę innych, potem jeszcze coś zupełnie innego
na niebie coraz więcej gwiazd

All the lonely people
Where do they all come from?
All the lonely people
Where do they all belong?

P.S. Jeśli ktoś nie zna, bardzo proszę, poświęćcie 2 minuty:

poniedziałek, 25 października 2010

Szarafala, czyli WKD Śródmieście

akcja zaczyna się właściwie w momencie, w którym wukadka rusza leniwie z Ochoty; zaczyna się ruch: subtelna walka o dobre miejsce (pole position, czyli schodki, zazwyczaj są już zajęte przez starych wyjadaczy, czasem przez półświadomych szczęśliwców); dwa kroczki w lewo, jeden w przód, czasem wystarczy przysunąć nieco twarz w kierunku drzwi, aby zbudować wrażenie, że wyjdzie się w miarę szybko; jednocześnie pojawia się napór z tyłu; ci, co siedzieli, czasem się podnoszą, rozglądają skwaszeni, uświadamiają sobie, że przespali ważny moment, że mogą zapomnieć o ekspresowej ewakuacji; nikt ich jednak nie żałuje, każdy szuka luki dla siebie; jest wyczekiwanie, rośnie napięcie, przyspieszają oddechy; stawka jest potwornie wysoka – zdobycie miejsca na początku Szarafali!
wreszcie kolejka wpełza na peron, zaczyna się odliczanie, ostatnie poprawki: otyli stabilizują zajęte miejsca masywnością swych bioder i obfitością pośladków, chuderlacy wypatrują szczelin, w które mogą się wcisnąć metodą „na glizdę”, regulamin nie dopuszcza głaskania przeciwnika łokciem po nosie
ostatnie sekundy i skład zatrzymuje się, ostatecznie i definitywnie, a potem jak w totolotku – zwolnienie blokady i zaczyna się walka
premiowani są ci ze schodków, nawet jeśli jechali w drugiej połówce składu to i tak znajdą się raczej w przedniej części Szarafali (chyba, że potkną się lub poślizgną się na kałuży moczu – jak mawiał Kurt: zdarza się), wychodzący pierwszymi drzwiami, ale w ostatniej kolejności skazani są na porażkę, równie dobrze mogą w ogóle nie wychodzić
stabilne zejście na peron to nawet nie połowa sukcesu; jeśli jesteś gdzieś z przodu – walczysz o utrzymanie świetnej pozycji, jeśli w środku lub (uchowaj miłosierny Boże!) z tyłu – próbujesz awansować, choćby o jedno, marne oczko zdobyte mało chwalebnym wyminięciem staruszki o kulach; od tego momentu rozgrywki tracą na znaczeniu walory otyłych, słuszne kubatury ich ciał stanowią cenniejszy wkład w jestestwo Szarafali niż nędzne żebra niedożywionych adwersarzy, próbuje ona zatem ograniczać ich aktywność; tutaj premię dostaje się za gibkość („metoda na glizdę” zachwyca swą uniwersalnością, tu bowiem znowu sprawdza się idealnie) oraz chyżość ud i sprężystość łydek
wymijanie dostarcza największych emocji; istnieją podobno ekstremiści (niekoniecznie muzułmańscy!), którzy celowo zaczynają w centrum Szarafali, aby następnie agresywnie przeć na początek! w swym szaleństwie balansują na zdradliwej krawędzi peronu by po chwili przemknąć milimetry od półek z przeterminowaną prasą wzbudzając niepokój pani kioskarki; są również „blokersi”, celowo powstrzymujący szybszych od siebie i podcinający ich długimi parasolkami nawet, gdy nie pada
najbardziej pasjonującym zjawiskiem jest jednak zew sprintera, który w sposób nieprzewidywalny odzywa się czasem wśród szczęśliwców z pierwszych szeregów Szarafali; wybraniec po prostu nagle zaczyna biec, nie zważa na rozchełstanie swego płaszcza, czy integralność obcasa z resztą buta, ryzykuje, ale jest widoczny, wybija się, ucieka, wyrywa Szarafali, nierzadko inspiruje a nawet, są udokumentowane przypadki, podnieca…

w końcu wszyscy opuszczamy peron, przy McDonald’s Szarafala jest już zazwyczaj tylko wspomnieniem
wkrótce jednak każdy znajduje sobie kolejną falę
znowu zaczyna się walka
znowu potężne pupy ścierają się z gibkimi żebrami
znowu ktoś chce być sprinterem podczas, gdy ktoś inny musi zostać ostatni
na Śródmieście wjeżdża zaś następna wukadka, szykuje się kolejna Szarafala

czwartek, 14 października 2010

Jezusek Śródmiejski

zacznę od końca: chciałem dziś zrobić Jezuskowi jakieś lepsze zdjęcia, te ostatnie mnie nie satysfakcjonują, za dużo cokołu a w tle zaparkowany samochód; tymczasem patrzę a tu jakiś facet kończy malowanie Jezuska! na kolorowo!
i to był chyba ten impuls, bym mógł wreszcie mego niemego znajomego wprowadzić na bloga

Jezuska poznałem w 2003 roku, był pierwszy dzień rekolekcji wielkopostnych, większa część klasy po kilku godzinach lekcyjnych udała się do św. Barbary, ja wraz z Kamilem i Hubertem postanowiliśmy znaleźć sobie alternatywę,
poszliśmy do spożywczaka,
kupiliśmy po browarze,
zaczęliśmy szukać ustronnego miejsca zaglądając w pobliskie bramy,
wtedy natknęliśmy się na Jezuska, być może udzielił nam się rekolekcyjny nastrój, konsumpcji postanowiliśmy dokonać bowiem w Jego towarzystwie


dlaczego drobny, zasadniczo nieistotny epizod mojego licealnego życia zachowuję w pamięci w kopercie z napisem „ważne”? w sumie to nie mam pojęcia

czym jest picie piwa pod obiektem, bądź co bądź, sakralnym, niemal na pewno swego czasu poświęconym? profanacją? zbezczeszczeniem? wandalizmem? policzkiem wymierzonym Kościołowi? wierze? wierzącym?
być może
my nie patrzyliśmy na to w ten sposób, nie mieliśmy w ogóle takich intencji
chcieliśmy napić się piwa w ustronnym miejscu, po prostu, bez żadnej ideologii buntu czy choćby delikatnej kontestacji
w dużej mierze to przypadek sprawił, że znaleźliśmy się pod Jezuskiem; choć dziś tak sobie myślę, że to może On sam nas do siebie zaprosił?

jakości młodych ludzi nie ocenia się przez pryzmat ich jednostkowych wybryków; rozbieżności pomiędzy czynami a intencjami po prostu są i trzeba o tym pamiętać; czasem mówi się, że dobrymi intencjami (właściwie chęciami, ale sens pozostaje ten sam) wybrukowane jest piekło – to nieprawda! sacrum i profanum nie muszą stać wobec siebie w podręcznikowej opozycji; rzeczy banalne i do bólu codzienne mogą w najmniej oczekiwanym momencie przeistoczyć się w coś wyjątkowego – cała moc sprawcza należy do okoliczności; każde miejsce może stać się wyjątkowe, wystarczy, by jego wyjątkowość została uznana przez jedno z sześciu miliardów; zresztą z ludźmi jest podobnie; a o tym, czy jakiś moment zostanie zapamiętany decyduje pamięć, nie moment

wypiwszy piwo pożegnaliśmy Jezuska, kontynuowaliśmy nasze alternatywne rekolekcje, pojechaliśmy na taras widokowy Pałacu Kultury, raptem pięć złotych, podziwialiśmy słoneczną, warszawską wiosnę

środa, 6 października 2010

ve

powoli się wdrażam
obowiązki nie wydają się przesadnie skomplikowane, wymagają natomiast automatyzmu, który muszę nabyć metodą licznych powtórzeń i (oby nielicznych!) błędów
jest to, co przychodzi na myśl przy słowie „biuro”:
jest fotel (wygodny!), komputer, biurko, stosy dokumentów, telefon dzwoniący z natężeniem umiarkowanym, umiarkowanym+, są ludzie, którzy się kręcą, przechodzą i mijają a czasem o coś proszą, są wyprasowane koszule, krawaty, gustowne garsonki i schludne spódnice, jest kawa, herbata, zszywacz, koperty i karteczki samoprzylepne, są drukarki, kopiarki, nawet skaner jest
jest regularność, powtarzalność, przewidywalność, z rzadka zakłócany spokój, jest stabilne, dalekie od sprinterskiego tempo, tu się zadyszki raczej nie łapie, ciśnienie w normie (chyba, że za dużo kawy, bo ekspres ma guzik ‘podwójne espresso’ i ten guzik kusi)
jest wesoło, czasem wręcz śmiesznie, swobodnie, poczciwie i uprzejmie
jest stabilność, są perspektywy

pytanie na dziś, a zarazem na nieokreślone jutro, brzmi: czy, albo bardziej optymistycznie: jak się w tej konfiguracji odnajdę

p.s. drodzy Czytelnicy (jako, że jest Was garstka może czuć się wyjątkowo elitarnie, co schlebi zarówno Wam, jak i mnie), powyższą notkę traktujcie trochę w charakterze zapychacza-przedłużacza, kiedy tylko się zmobilizuję wrzucę tu parę niepoukładanych myśli w związku z Jezuskiem Śródmiejskim, którego chciałbym Wam przedstawić

cierpliwości!

środa, 8 września 2010

po przerwie

milczałem długo i kilka osób (może nawet z 5!) może się ucieszyć, że milczenie przerywam, przerywam zaś, bo w końcu trzeba, blogi są jak kaktusy – można zapomnieć, zaniedbać i lekceważyć, ale tylko do pewnego momentu; niepodlewane przez wiele miesięcy też w końcu więdną

zwłaszcza, że od ostatniej notki trochę się działo

mamy nowego prezydenta i starego Jarosława

mieliśmy reality show w scenerii Krakowskiego Przedmieścia, gdzie natchnieni Obrońcy skutecznie, jak dotąd, oparli się nikczemnym zapędom antychrystów-zapaterystów; Krzyż stoi nadal, Obrońcy, choć od Krzyża oddzieleni, czuwają bezendu…

w krajowej polityce zakończyła się definitywnie era pokoju; winą obarczyć można prezydenta Bronisława, który odrzucił wymęczoną miłość prezesa Jarosława i nie pozwolił mu wygrać walki o najwyższy urząd w Państwie; zresztą, może było to tylko „fatalne zauroczenie”?

odbył się pierwszy afrykański mundial skutkiem czego w Lidze Europejskiej sędziuje teraz pięciu sędziów a kibice nie mogą używać wuwuzeli

pozamundialowo grali polscy piłkarze; łagodne usposobienie i pogodny nastrój dzisiejszego wieczora powstrzymują mnie przed komentarzem do spotkań z Hiszpanią i Kamerunem; mecze z Ukrainą i Australią przywodzą zaś na myśl nadzieję – słowo klucz, jeśli chodzi o polskie piłkarstwo ostatnich dwudziestu lat

z rzeczy prywatnych:

za dużo padało
za dużo grzmiało (pomijając ten jeden raz, gdy grzmiało tuż obok a w plecy siekał grad – są wyjątki od reguł, które czasem trzeba wypróbować osobiście, aby przekonać się, czemu są tylko wyjątkami)
ogólnie to, jak zwykle, za krótko
zbyt wielu młodych ludzi przedkładało prymitywizm, nieokrzesanie i niedostatki intelektu nad choćby odrobinę refleksji (dotyczy drugiej odsłony lata)
Mój Aktualnie Ulubiony Zespół uradował mnie wydaniem nowej płyty
skończyło się lato a w tym roku jest to dla mnie dość istotny moment

robi się późno, na tę chwilą powinno wystarczyć; postaram się wkrótce o coś ciuteńkę głębszego – nie powinno być trudno

poniedziałek, 31 maja 2010

[korzenie ukośnicy]

korzenie ukośnicy rosną w atmosferze
koegzystencji upodlonych robaczków wirujących anemicznie
koło utylitarnie rozmemłanych wiązek asymetrycznie
krzywo uciętej rzeżuchy wokół alabastrowo
karmazynowych udręczonych rąk wiedeńskich apostatów
którzy unoszą robotnicze wiadra asfaltu
ku upstrzonej rustykalnym wzorem amarantowej
kuropatwie unikającej rozgrzanych wulkanów Angolskiego
Komitetu Umęczonych Rycerzy w apaszkach
koloru uryny rzezimieszka walczącego anemicznie
kastetem ukradzionym rano wirtualnej agentce
Kosmicznego Urzędu Ratowania Wenus a
korzenie ukośnicy rosną w atmosferze…

wtorek, 25 maja 2010

woda

wielka woda co prawda jeszcze nie opadła, ale obawiam się, że zanim to nastąpi opadnie moja ochota, kilka słów podsumowań i wniosków można już wszak sklecić

po raz kolejny w tym roku zobaczyłem ludzką solidarność, solidarność determinacji u walczących z żywiołem, solidarność rozpaczy u tracących wszystko w mgnieniu oka powodzian, wreszcie solidarność bezrefleksyjności u gapiów na mostach i wzdłuż Wisły, i będę szczery: osobiście najbardziej solidaryzowałem się z tymi ostatnimi, choć przesadnie dużo czasu na podziwianie mętnej, śmierdzącej wody nie zużyłem, no bo w końcu magisterka

wielka powódź to wielka tragedia, wielka tragedia to wielkie emocje, wielkie emocje to media, media, które przy każdej okazji uderzają w tony najgłębszego dramatyzmu, oglądając Piotra Kraśkę zastanawiam się, czy już mogę się poryczeć, czy może powinienem jednak poczekać jeszcze chwilę aż komentator sam to uczyni, widząc przejmujące obrazy z lotu ptaka (z góry nie widać, czy pokazuje się rozlewisko głębokości 10 cm czy 3 metrów) połączone z dojmującą muzyką odnoszę wrażenie, że skok z okna byłby w tej chwili najstosowniejszy, niestety, jest to pewien standard dla wszystkich mediów, standard, na który ja się nie godzę, i po prostu wkurwia mnie to, że w sytuacji dramatycznej media dorabiają jeszcze dodatkową porcję dramatu tylko po to, aby przekaz przyciągnął odbiorcę, jest odbiorca – są reklamy, są reklamy – wiadomo co jest
zresztą, czy przypadkiem większości taki sposób przekazywania informacji aby nie odpowiada? może to oczywiste, że media atmosferę dramatyzmu pogłębiają i tylko ja się wygłupiam z moją naiwną i niestosowną (bo skoro tak piszę to na pewno nic mnie ta powódź nie obchodzi) kontestacją?

pytanie: dlaczego zalało? przyczyn pewnie można by wskazać sporo, z czego ze dwie, góra będą lansowane w mediach, reszta pozostanie znana hydrologom, których za kilka miesięcy i tak nikt już nie będzie słuchał, bo za kilka miesięcy zacznie się Wielkie Zapominanie, zapomni się o powodzi, ofiarach, zapomni o potrzebie tworzenia terenów zalewowych, o zabezpieczeniu dużych miast (vide Wrocław), zapomni się w końcu, które obszary są naprawdę zagrożone i powstaną tam nowe domy, w tym wypasione wille i odpicowane pałacyki
to wszystko oczywiście do następnej powodzi, podczas której co nieco się przypomni

chciałem lekko, może trochę zabawnie i z polotem, wyszło jak u zgorzkniałego drwala nafaszerowanego cytryną
może temat zrobił swoje, może późna pora, magisterka (zło wcielone!), albo jeszcze co innego
nie wiem, odreagujcie na demotach

środa, 12 maja 2010

znowu, niestety, o buwie

no znowu,
niestety,
do końca czerwca będę tam spędzał dużo czasu, co może znajdować swe odbicie na blogu
za pierwszym razem było lekko, delikatnie, sarkastycznie, przaśnie i generalnie nikt nie powinien się poczuć dotknięty
tym razem zamierzam dotknąć bardzo wiele osób!

gros ludzi w buwie po prostu mnie wkurwia! wkurwiają mnie ci ludzie wieloma, nieznośnymi dla mnie, zachowaniami, wśród których wskazuję, co następuje:
- niewyłączanie dźwięku w telefonach komórkowych, to nie jest tak, że oni zapominają, to jest jakaś kurewska premedytacja, z którą wiąże się często bezczelne pierdolenie przez tenże telefon o dupie maryni bez zważania na innych!
- przestawianie krzeseł i nie odstawianie ich na miejsce, ok, rozumiem, że dwie paniusie nie potrafią brnąć przez teksty podręczników solo, ale, na Boga!, po wykonanej „pracy intelektualnej” (czyt. pokreślenie książki na rórzhoffo…) odstawiajcie po sobie krzesła na miejsce! potem przychodzę, widzę kilka wolnych stolików, tylko, kurwa, niegdzie nie ma krzeseł!
- zajmowanie miejsca w Czytelni Ogólnej bez korzystania z książek z magazynu, podczas gdy w innych rejonach buwu jest jeszcze sporo wolnych stolików, ostatnio ilekroć wchodzę do CzO przepełnia mnie obawa, czy się gdziekolwiek wcisnę z moimi tomiszczami „Wierchów”, „Taterników” i „Kurierów Polskich”, póki co zawsze udawało mi się jakieś siedzonko upolować, lecz z każdym dniem drżę coraz bardziej
- zajmowanie miejsc przeznaczonych do czytania prasy codziennej; i tu już kurwa bez litości, bo zdarzyło mi się (na razie tylko raz) czytać mój ulubiony „Tygodnik Podhalański” na podłodze (wykładzina Volunteer), następnym razem chyba się jednak zmobilizuję i pójdę po panie z Czytelni Czasopism (a żyję z nimi w znakomitej komitywie, więc strzeżcie się!), które w trymiga rozgonią całe frajerstwo!
- gadulstwo, z tym jest tak, że mnie osobiście tak bardzo nie przeszkadza, bo potrafię się wyłączyć a moje wysublimowane uszy nie połykają byle pierdół, wiem jednak, że wielu innym osobom niezwykle to przeszkadza, stąd też apel do gadatliwych: zamknijcie mordy!
wydaje mi się, że moje podstawowe żale zostały wylane, nagromadzona złość znalazła ujście o wystarczającej, jak na razie, przepustowości

p.s. teraz przynajmniej wiadomo, po co ten komunikat ostrzegawczy przed wejściem na bloga

środa, 5 maja 2010

polecane! (2)

- Atlantic – kino bardzo przyjemne, puszczają te same filmy, co inne kina, w samym centrum miasta, nie przytłacza, jak multipleksy, ma barek na piętrze, do którego zazwyczaj nie ma kolejek, bo ludzie stoją na parterze a przede wszystkim – można sobie do seansu legalnie kupić browar!

pańszczyzna

nie może być tak, że znowu zakładam bloga i znowu po pięciu notkach chuj strzela bombki! od czasu do czasu coś musi się pojawić przez zwyczajne: bo tak! choćby nie wiem jak bardzo magisterka wysysała ze mnie siły witalne, raz na, powiedzmy dwa tygodnie, coś pojawić się musi
musi!
w końcu sensem bloga są cyklicznie pojawiające się notki, w których autor dzieli się swoimi głębokimi (wedle własnego mniemania) przemyśleniami z garstką najwierniejszych przyjaciół i znajomych, którzy intensywnie nagabywani w końcu zaglądają na tegoż bloga a czasem, w akcie desperackiej litości, zostawiają komentarz
a jak się nie ma przemyśleń, to przynajmniej nie oszukuje się samego siebie, że są głębokie

czwartek, 22 kwietnia 2010

polecane! (1)

wymyśliłem sobie cykl – polecane!
nie wiem co prawda komu będę, kurwa, polecał, bo poza nielicznymi wyjątkami pies z kulawą nogą nigdy tu nie zajrzy, ale co tam
i tak będę polecał

tak więc – polecane! (dzisiaj muzycznie + 1 czytadło):
- DevilDriver - Digging Up The Corpses
- Ignite - Poverty For All
- Red Hot Chili Peppers - Make You Feel Better
oraz:
- J. Saramago, Miasto ślepców, Poznań 2009

wtorek, 20 kwietnia 2010

żałoba, vol. 2

w kolejnych dniach przylatywały kolejne trumny z kolejnymi ciałami, do tych dwóch najważniejszych natomiast, wystawionych uroczyście w Pałacu, ustawiła się przeogromna kolejka zdeterminowanych ludzi, czekających wiele godzin, bo oddać parosekundowy hołd Prezydenckiej Parze
podziwiam wytrwałość tych ludzi, sam bym się na to pewnie nigdy nie zdobył
nagle zobaczyłem w necie dwa słowa: wywiad, Godzic, czyli warto zajrzeć, czytam: media stworzyły atmosferę końca świata, nie rozumiem, jak to „stworzyły”, nikt tu niczego nie musiał stwarzać, ale wtedy przyszła chwila namysłu, podchodzę do okna, blok na przeciwko, jak stał, tak stoi, wieżowce w centrum dalej są na swoim miejscu, patrzę w lewo, patrzę w prawo – wszystko po staremu, cholera! – myślę – faktycznie to jeszcze nie koniec świata!
odetchnąłem z ulgą
wkrótce zaczęła fascynować mnie lista gości na pogrzeb, od samego początku wielcy, Obamowie, Miedwiediewowie i Sarkozowie przeplatali się z maluczkimi w postaci prezydenta Kosowa, czy innej Macedonii, potem pojawiały się kolejne nazwiska, prezydenci, premierzy, książęta i królowie, ministrowie, ambasadorowie i inni przedstawiciele, w duchu myślałem sobie, żeby tylko delegacji nie przysłał Bin Laden, bo to – wiadomo – rozrywkowe chłopaki a uroczystość wszak wymagająca powagi
aż nagle przyszła chmura i towarzystwo się posypało, zaczęli odwoływać przybycie, w efekcie zabrakło Baracka, któremu szczęśliwie wulkaniczny pył nie przeszkodził w rozegraniu partyjki golfa, oraz Angeli Merkel, która w końcu też miała daleko, dotarli za to, między innymi rzecz jasna, premier Maroka (początkowo myślałem, że na wielbłądzie, ale jednak, mimo złowieszczego pyłu, przyleciał i to już w sobotę!) oraz prezydent Gruzji, który zawstydził Obamę bardziej niż mógłby to uczynić sam Turbodymomen, gdyż w heroiczny sposób dotarł do Krakowa z… Waszyngtonu
polscy internauci obu nagrodzili demotywatorami, najwyższymi obecnie cywilnymi odznaczeniami w polskim internecie
Obamę wyśmiewają komixxy

w nocy z niedzieli na poniedziałek zakończyła się oficjalnie żałoba narodowa
i bardzo dobrze, że się wreszcie skończyła! nie można się przecież umartwiać w nieskończoność, otrzyjmy łezki, bierzmy się do roboty!
czego ten tydzień mógł, a nawet może nas, jeśli tylko zdobędziemy się na odrobinę namysłu, jeszcze nauczyć? – to jest pytanie indywidualne, każdy, kto choćby tylko spróbuje je sobie zadać, już coś osiągnął
arcybiskup Nycz powiedział, że zdaliśmy egzamin z patriotyzmu, myślę, że jest w tym dużo racji, czasami zastanawiam się wręcz, czy nie pójść dalej, nie powiedzieć: „matura z patriotyzmu”, zresztą nieważne, ważne, że taki egzamin, choć w tragicznej formie, odbył się a każdy chętny mógł wziąć w nim udział, i co równie istotne – to nie anonimowy, znudzony wielogodzinnym posiedzeniem etatowy „sprawdzacz” będzie weryfikował naszą postawę
ocenę wystawi każdemu jego własne sumienie

sobota, 17 kwietnia 2010

żałoba, vol. 1

rozpoczął się ostatni dzień żałoby, zbliża się czas podsumowań, choć ostatni akt tego dramatu dopiero przed nami, ja o kilka słów pokuszę się już teraz
katastrofa 10 kwietnia zyskała wymiar symboliczny w chwili, w której prezydencki samolot ostatecznie się roztrzaskał, nie dało się uciec od skojarzeń, analogii; zgodnie przyjęliśmy, że to swoisty „Katyń 2”, wstrząsający sequel jednego z najboleśniejszych elementów naszej historii
niewiele osób starało się, co prawda, zbadać merytoryczną zasadność tego porównania, lecz może jeszcze przyjdzie na to czas
zaczął się żałobny, ośmiodniowy tydzień, dziesiątki tysięcy Warszawiaków ruszyło jeszcze w sobotę pod Pałac Prezydencki, tysiące niosły znicze i kwiaty, setki aparaty fotograficzne, właściwie nie powinno mnie to dziwić, w końcu: umarł Prezydent, trzeba zrobić pamiątkową fotkę
potem można wrzucić na nk
w niedzielę przywieziono Jego ciało, kondukt przejechał z Okęcia do Pałacu witany przez tłumy, podobno były oklaski, ciekaw jestem z jakiej okazji, że chociaż z powrotem bezpiecznie doleciał? że w ładnej trumnie? a może to jest jakieś rozwiązanie tej emocjonalnie trudnej sytuacji? może to próba przełamania tabu śmierci? to w takim razie ja też poproszę po moim zgonie oklaski, i serpentyny i baloniki, a na pogrzebie puśćcie trochę dobrego heavy metalu
niemniej jednak jedność w narodzie trwała dalej
do wtorku
okazało się, że widmo smoka wawelskiego wciąż krąży nad grodem Kraka i ujawnia się w chwilach zupełnie niestosownych, tym razem wypełzła bestia niepostrzeżenie spod mitry arcybiskupa Dziwisza (choć sam kardynał mocno zarzeka się, że jego mitra nie miała z tym nic wspólnego) i zionęła na całą Polskę nowiną wskazującą Wawel jako miejsce pochówku prezydenckiej pary, z miejsca poderwały się setki szewczyków kombinujących, jakby tu się smoczego problemu pozbyć, nic jednak nie mogli mu oni uczynić, skoro znalazła gadzina schronienie w cieniu purpurowej piuski
niestety, jedność przy tym wszystkim pękła, odrobina goryczki rozlała się po kraju

cd (chyba) n

niedziela, 11 kwietnia 2010

[dość tego]

dość tego – myślę sobie, wyłączam telewizor, tryb stand-by – może ekolodzy mnie nie zjedzą, wypadałoby się w końcu ogarnąć w ten sobotni, wiosenny poranek, odstawiam talerz po śniadaniu do zlewu, następnie leniwie przechodzę do łazienki, najpierw włosy, które są już w sumie dość długie, potem reszta, twarz, ząbki, patrzę na paznokcie – kwalifikują się, więc sięgam po obcinacz, trwa to w sumie parę minut, na koniec dezodorant i trochę pachnidła, ogolę się jutro, ok, jestem zdatny do pokazania się ludziom, teraz ścielę łóżeczko, włączam komputer – niech się „winda” załaduje, powrót do kuchni, nie może się przecież obejść bez kawy! trzy minuty i ciemnobrązowa ciecz skrapla się intensywnie do filiżanki suto zasypanej cukrem, jest, wreszcie można wygodnie rozsiąść się przed komputerkiem, czas – parę minut po dziesiątej, neostrada.tp (wbrew pozorom nie narzekam), połączono, no to „ognisty lisek”, chwilę to trwa, widać on też potrzebuje z rana kilku sekund na rozruch, poszło, teraz klik na zakładkę gazeta.pl

ale prezydent którego kraju?

piątek, 9 kwietnia 2010

buwing

kupię sobie bananowy szaliczek, będzie brunatny w ciemnobeżowe podłużne paski, zaplączę go sobie ciasno wokół szyi, co prawda będzie mnie pewno strasznie drapał ale co tam, można wytrzymać w imię wyższej idei, jaką będzie mój pierwszy, stuprocentowy buwing, dotąd brakowało mi właśnie szaliczka, niby drobiazg, ale jednak świat bez detali jest jak espresso bez cukru, tak więc uzupełniwszy ten podstawowy brak rozpocznę wreszcie profesjonalny buwing, może trochę późno, w końcu u schyłku studiów, ale trudno
zatem buwing, koniec ze ślęczeniem na mikrofilmach, koniec z wertowaniem rozsypujących się gazet z lat trzydziestych, koniec wreszcie (wreszcie!) w obijaniem się o zapomniane półki z jakimiś dziwnymi książkami z lat pięćdziesiątych (to chyba jakoś zaraz po wynalezieniu druku), teraz najważniejsze będzie poruszanie się po właściwych ścieżkach a więc przede wszystkim po głównym holu z naciskiem na okolicę kolumn przy schodach wejściowych i miejsce, gdzie zwykle tworzy się kolejka do wypożyczalni, czasem wejdę także na piętro, przejrzę się w niedomytych szybach czytelni ogólnej, stanę przy czasopismach bieżących a nawet od biedy zajrzę w okolicę działów „prawo” i „nauki społeczne”, a gdy już się trochę zmęczę przyjdzie czas na odpoczynek, wtedy zejdę do coffee heaven (tak! koniec z lavazzą z automatu!), wybiorę egzotyczną kawę o latynoskiej nazwie i apetyczną, wegetariańską kanapkę z pędami bambusa, po czym przystąpię do konsumpcji siadając na wysokim barowym stołku w taki sposób, żeby moje pośladki zakrywały nie więcej niż 50% jego powierzchni, po udanej konsumpcji pokręcę się trochę po holu przed wejściem do biblioteki, wstąpię do kiosku (może kupię gumę do żucia), zerknę na plakaty o mega fajnych imprezach w zajebistych śródmiejskich klubach, i wrócę do środka, tu można powtórzyć rytuał, ewentualnie trochę zmienić trasę, dodać jakiś nowy element, na przykład – rozmowę przez komórkę na schodach, albo usiądę na chwilę przy komputerze, pokręcę się tak jeszcze jakiś czas i wyjdę żegnając ochronę pretensjonalnym wzrokiem, którego nie zachowam już jednak dla szatniarki
jest tylko jeden problem – przez cały ten czas będę sam a banany, jak powszechnie wiadomo, występują w kiściach

post test

"this is only a test of the emergency broadcast system"