Oto nadszedł dzień, w którym wszelkim posmoleńskim żonglerom politycznym
mam ochotę powiedzieć stanowcze „wypierdalać!”
Smoleńsk jest wszędzie, Smoleńsk jest wokół mnie i wdziera się do środka.
Mogę stosować uniki i kryć się po kątach – prędzej czy później kolejna porcja Smoleńska
i tak mnie dopadnie, i tak ktoś mi ją wrzuci za koszulę albo jeszcze bezczelniej:
ciśnie między oczy. Smoleńsk się nie kończy, co chwilę odkrojony zeń kawałek
rzuca się między wygłodniałych ludzi, co chwilę jakiś ochłap spada z nieba
wywołując poruszenie. W ostatnich tygodniach było tego jak dla mnie za dużo.
Mam dość. Mam, kurwa, dość!
W jesiennej kolekcji wydarzeń medialnych pojawiła się nowa moda –
smoleńskie ekshumacje. Trend chyba przyjmie się na dłużej, bo nagle okazało
się, że ciała do trumien popakowano na chybił trafił a powagę Świątyni
Opatrzności Bożej przez dwa i pół roku uświetniał nie prezydent Kaczorowski a
ktoś zupełnie inny. Znając przewrotność losu pewnie jakiś ateista. Teraz już
nikt chyba nie ma pewności, kto gdzie leży. No, może poza ciałem prezydenta
Kaczyńskiego, które, jak wskazują zdjęcia umieszczone w sieci przez jakiegoś
beztroskiego, pozbawionego wyobraźni i wyczucia, rosyjskiego blogera, było
łatwe do identyfikacji.
Aferę ze zdjęciami jakoś przełknąłem, nie została zresztą nadmiernie
rozdmuchana. Ekshumacje trochę jeszcze potrwają, pozostaje mieć nadzieję, że
żadna telewizja nie zdecyduje się na relację na żywo. Ale poziom furii jeszcze
nie przekroczył u mnie stanu alarmowego.
Tymczasem nowy news – mamy kolejnego smoleńskiego samobójcę. Któraś tam z
kolei osoba jakoś tam związana z katastrofą, postanowiła pożegnać się ze
światem. Zabierając ze sobą, jak chcą niektórzy, pewien zasób informacji,
którymi nie zdążyła się podzielić. Niedługo trzeba będzie czcić pomięć nie jednej,
ale dwóch grup: ofiar z rozbitego Tupolewa i ofiar tajemniczej, zbiorowej
traumy, która nakazała kilku osobom dołączyć do Dziewięćdziesięciu Sześciu.
No i w końcu dzisiaj. Zamiast w napięciu śledzić amerykańską walkę z
żywiołem o Nowy Jork zmuszono mnie do postawienia sobie pytania: czemu we wraku
samolotu znaleziono trotyl i nitroglicerynę? Czyli, że wybuch? Czyli, że Putin
z Tuskiem? Czyli że to zamach i morderstwo, że Macierewicz miał rację? Nie, nic
z tych rzeczy, przynajmniej na razie. Słonko nie zdążyło dobrze zajść za
horyzont a „Rzeczpospolita” wycofała się z tej informacji przepraszając za
pomyłkę.
I jak tu nie mieć dość. Jak tu, kurwa, nie mieć dość?! Ile jeszcze będę
musiał znosić przerzucania się trupami, teoriami i oskarżeniami? Ile jeszcze
ekshumacji? Ile wariantów teorii spiskowych? Ile pomyłek i zaniedbań wyjdzie na
jaw? A przede wszystkim: ile czasu różne siły polityczne będą traktować
Smoleńsk jak kij bejsbolowy, którym zawsze da się jakoś przeciwnikowi przypierdolić?
Moja odpowiedź na ostatnie pytanie jest następująca: tak długo, jak będzie
się to potencjalnie opłacać. Niestety, prognozy sprzedażowe dla Smoleńska swym
optymizmem biją na głowę każdy inny sektor rodzimej gospodarki.