czwartek, 22 kwietnia 2010

polecane! (1)

wymyśliłem sobie cykl – polecane!
nie wiem co prawda komu będę, kurwa, polecał, bo poza nielicznymi wyjątkami pies z kulawą nogą nigdy tu nie zajrzy, ale co tam
i tak będę polecał

tak więc – polecane! (dzisiaj muzycznie + 1 czytadło):
- DevilDriver - Digging Up The Corpses
- Ignite - Poverty For All
- Red Hot Chili Peppers - Make You Feel Better
oraz:
- J. Saramago, Miasto ślepców, Poznań 2009

wtorek, 20 kwietnia 2010

żałoba, vol. 2

w kolejnych dniach przylatywały kolejne trumny z kolejnymi ciałami, do tych dwóch najważniejszych natomiast, wystawionych uroczyście w Pałacu, ustawiła się przeogromna kolejka zdeterminowanych ludzi, czekających wiele godzin, bo oddać parosekundowy hołd Prezydenckiej Parze
podziwiam wytrwałość tych ludzi, sam bym się na to pewnie nigdy nie zdobył
nagle zobaczyłem w necie dwa słowa: wywiad, Godzic, czyli warto zajrzeć, czytam: media stworzyły atmosferę końca świata, nie rozumiem, jak to „stworzyły”, nikt tu niczego nie musiał stwarzać, ale wtedy przyszła chwila namysłu, podchodzę do okna, blok na przeciwko, jak stał, tak stoi, wieżowce w centrum dalej są na swoim miejscu, patrzę w lewo, patrzę w prawo – wszystko po staremu, cholera! – myślę – faktycznie to jeszcze nie koniec świata!
odetchnąłem z ulgą
wkrótce zaczęła fascynować mnie lista gości na pogrzeb, od samego początku wielcy, Obamowie, Miedwiediewowie i Sarkozowie przeplatali się z maluczkimi w postaci prezydenta Kosowa, czy innej Macedonii, potem pojawiały się kolejne nazwiska, prezydenci, premierzy, książęta i królowie, ministrowie, ambasadorowie i inni przedstawiciele, w duchu myślałem sobie, żeby tylko delegacji nie przysłał Bin Laden, bo to – wiadomo – rozrywkowe chłopaki a uroczystość wszak wymagająca powagi
aż nagle przyszła chmura i towarzystwo się posypało, zaczęli odwoływać przybycie, w efekcie zabrakło Baracka, któremu szczęśliwie wulkaniczny pył nie przeszkodził w rozegraniu partyjki golfa, oraz Angeli Merkel, która w końcu też miała daleko, dotarli za to, między innymi rzecz jasna, premier Maroka (początkowo myślałem, że na wielbłądzie, ale jednak, mimo złowieszczego pyłu, przyleciał i to już w sobotę!) oraz prezydent Gruzji, który zawstydził Obamę bardziej niż mógłby to uczynić sam Turbodymomen, gdyż w heroiczny sposób dotarł do Krakowa z… Waszyngtonu
polscy internauci obu nagrodzili demotywatorami, najwyższymi obecnie cywilnymi odznaczeniami w polskim internecie
Obamę wyśmiewają komixxy

w nocy z niedzieli na poniedziałek zakończyła się oficjalnie żałoba narodowa
i bardzo dobrze, że się wreszcie skończyła! nie można się przecież umartwiać w nieskończoność, otrzyjmy łezki, bierzmy się do roboty!
czego ten tydzień mógł, a nawet może nas, jeśli tylko zdobędziemy się na odrobinę namysłu, jeszcze nauczyć? – to jest pytanie indywidualne, każdy, kto choćby tylko spróbuje je sobie zadać, już coś osiągnął
arcybiskup Nycz powiedział, że zdaliśmy egzamin z patriotyzmu, myślę, że jest w tym dużo racji, czasami zastanawiam się wręcz, czy nie pójść dalej, nie powiedzieć: „matura z patriotyzmu”, zresztą nieważne, ważne, że taki egzamin, choć w tragicznej formie, odbył się a każdy chętny mógł wziąć w nim udział, i co równie istotne – to nie anonimowy, znudzony wielogodzinnym posiedzeniem etatowy „sprawdzacz” będzie weryfikował naszą postawę
ocenę wystawi każdemu jego własne sumienie

sobota, 17 kwietnia 2010

żałoba, vol. 1

rozpoczął się ostatni dzień żałoby, zbliża się czas podsumowań, choć ostatni akt tego dramatu dopiero przed nami, ja o kilka słów pokuszę się już teraz
katastrofa 10 kwietnia zyskała wymiar symboliczny w chwili, w której prezydencki samolot ostatecznie się roztrzaskał, nie dało się uciec od skojarzeń, analogii; zgodnie przyjęliśmy, że to swoisty „Katyń 2”, wstrząsający sequel jednego z najboleśniejszych elementów naszej historii
niewiele osób starało się, co prawda, zbadać merytoryczną zasadność tego porównania, lecz może jeszcze przyjdzie na to czas
zaczął się żałobny, ośmiodniowy tydzień, dziesiątki tysięcy Warszawiaków ruszyło jeszcze w sobotę pod Pałac Prezydencki, tysiące niosły znicze i kwiaty, setki aparaty fotograficzne, właściwie nie powinno mnie to dziwić, w końcu: umarł Prezydent, trzeba zrobić pamiątkową fotkę
potem można wrzucić na nk
w niedzielę przywieziono Jego ciało, kondukt przejechał z Okęcia do Pałacu witany przez tłumy, podobno były oklaski, ciekaw jestem z jakiej okazji, że chociaż z powrotem bezpiecznie doleciał? że w ładnej trumnie? a może to jest jakieś rozwiązanie tej emocjonalnie trudnej sytuacji? może to próba przełamania tabu śmierci? to w takim razie ja też poproszę po moim zgonie oklaski, i serpentyny i baloniki, a na pogrzebie puśćcie trochę dobrego heavy metalu
niemniej jednak jedność w narodzie trwała dalej
do wtorku
okazało się, że widmo smoka wawelskiego wciąż krąży nad grodem Kraka i ujawnia się w chwilach zupełnie niestosownych, tym razem wypełzła bestia niepostrzeżenie spod mitry arcybiskupa Dziwisza (choć sam kardynał mocno zarzeka się, że jego mitra nie miała z tym nic wspólnego) i zionęła na całą Polskę nowiną wskazującą Wawel jako miejsce pochówku prezydenckiej pary, z miejsca poderwały się setki szewczyków kombinujących, jakby tu się smoczego problemu pozbyć, nic jednak nie mogli mu oni uczynić, skoro znalazła gadzina schronienie w cieniu purpurowej piuski
niestety, jedność przy tym wszystkim pękła, odrobina goryczki rozlała się po kraju

cd (chyba) n

niedziela, 11 kwietnia 2010

[dość tego]

dość tego – myślę sobie, wyłączam telewizor, tryb stand-by – może ekolodzy mnie nie zjedzą, wypadałoby się w końcu ogarnąć w ten sobotni, wiosenny poranek, odstawiam talerz po śniadaniu do zlewu, następnie leniwie przechodzę do łazienki, najpierw włosy, które są już w sumie dość długie, potem reszta, twarz, ząbki, patrzę na paznokcie – kwalifikują się, więc sięgam po obcinacz, trwa to w sumie parę minut, na koniec dezodorant i trochę pachnidła, ogolę się jutro, ok, jestem zdatny do pokazania się ludziom, teraz ścielę łóżeczko, włączam komputer – niech się „winda” załaduje, powrót do kuchni, nie może się przecież obejść bez kawy! trzy minuty i ciemnobrązowa ciecz skrapla się intensywnie do filiżanki suto zasypanej cukrem, jest, wreszcie można wygodnie rozsiąść się przed komputerkiem, czas – parę minut po dziesiątej, neostrada.tp (wbrew pozorom nie narzekam), połączono, no to „ognisty lisek”, chwilę to trwa, widać on też potrzebuje z rana kilku sekund na rozruch, poszło, teraz klik na zakładkę gazeta.pl

ale prezydent którego kraju?

piątek, 9 kwietnia 2010

buwing

kupię sobie bananowy szaliczek, będzie brunatny w ciemnobeżowe podłużne paski, zaplączę go sobie ciasno wokół szyi, co prawda będzie mnie pewno strasznie drapał ale co tam, można wytrzymać w imię wyższej idei, jaką będzie mój pierwszy, stuprocentowy buwing, dotąd brakowało mi właśnie szaliczka, niby drobiazg, ale jednak świat bez detali jest jak espresso bez cukru, tak więc uzupełniwszy ten podstawowy brak rozpocznę wreszcie profesjonalny buwing, może trochę późno, w końcu u schyłku studiów, ale trudno
zatem buwing, koniec ze ślęczeniem na mikrofilmach, koniec z wertowaniem rozsypujących się gazet z lat trzydziestych, koniec wreszcie (wreszcie!) w obijaniem się o zapomniane półki z jakimiś dziwnymi książkami z lat pięćdziesiątych (to chyba jakoś zaraz po wynalezieniu druku), teraz najważniejsze będzie poruszanie się po właściwych ścieżkach a więc przede wszystkim po głównym holu z naciskiem na okolicę kolumn przy schodach wejściowych i miejsce, gdzie zwykle tworzy się kolejka do wypożyczalni, czasem wejdę także na piętro, przejrzę się w niedomytych szybach czytelni ogólnej, stanę przy czasopismach bieżących a nawet od biedy zajrzę w okolicę działów „prawo” i „nauki społeczne”, a gdy już się trochę zmęczę przyjdzie czas na odpoczynek, wtedy zejdę do coffee heaven (tak! koniec z lavazzą z automatu!), wybiorę egzotyczną kawę o latynoskiej nazwie i apetyczną, wegetariańską kanapkę z pędami bambusa, po czym przystąpię do konsumpcji siadając na wysokim barowym stołku w taki sposób, żeby moje pośladki zakrywały nie więcej niż 50% jego powierzchni, po udanej konsumpcji pokręcę się trochę po holu przed wejściem do biblioteki, wstąpię do kiosku (może kupię gumę do żucia), zerknę na plakaty o mega fajnych imprezach w zajebistych śródmiejskich klubach, i wrócę do środka, tu można powtórzyć rytuał, ewentualnie trochę zmienić trasę, dodać jakiś nowy element, na przykład – rozmowę przez komórkę na schodach, albo usiądę na chwilę przy komputerze, pokręcę się tak jeszcze jakiś czas i wyjdę żegnając ochronę pretensjonalnym wzrokiem, którego nie zachowam już jednak dla szatniarki
jest tylko jeden problem – przez cały ten czas będę sam a banany, jak powszechnie wiadomo, występują w kiściach

post test

"this is only a test of the emergency broadcast system"