środa, 10 października 2012

Słodko


W zeszłym tygodniu, w jednej z modnych warszawskich cukierni, miała miejsce uroczysta prezentacja połączona z degustacją wyrobów czekoladowych. Imprezę prowadził znany Prezenter telewizyjny, główną atrakcję wieczoru stanowiły zaś pokazy i prezentacja znanego belgijskiego Cukiernika, autora licznych publikacji w tym temacie. Zaproszono licznych gości, których znaczną część stanowili przedstawiciele najważniejszych partnerów biznesowych cukierni. Finałem imprezy było losowanie nagród i konsumpcja ogromnego tortu. Po jaką cholerą o tym piszę? Otóż: byłem tam! Byłem, reprezentując mojego zacnego pracodawcę.


Na dzień dobry wszedłem drugim wejściem. Z tej strony nikt na mnie nie czekał i nikt nie sprawdzał. Oznacza to mniej więcej tyle, że pan Rysiek, przyczajony gdzieś w bramie na Hożej lub Żurawiej, mógłby dość swobodnie wejść na teren imprezy, przez czas jakiś delektować się pysznymi czekoladkami a może nawet załapałby się na lampkę wina o standardzie daleko przekraczającym jakość jego codziennych trunków. Żaden pan Rysiek najwyraźniej jednak o takiej możliwości nie wiedział, gdyż żadnego nie zauważono/wyczuto. 
Przedarłem się przez narastający tłum gości w kierunku właściwego wejścia, gdzie moje przybycie zostało zarejestrowane a mnie ugoszczono szampanem z maliną. Szampan nie bardzo mi smakował. Maliny nie próbowałem, bo inni goście solidarnie zostawiali ją na dnie opróżnionych kieliszków nie wykazując najmniejszych intencji konsumpcji owocu. Nie wiem, czy tak wypadało, czy może mieli przekonanie, że malina zanurzona w tak niedobrym szampanie również będzie niedobra.
Na początku nie wiedziałem, czy już można jeść. W poszukiwaniu wskazówek zwróciłem uwagę na zachowanie innych gości. A byli to naprawdę goście z klasą. Modne ubrania, modne uczesania, szykowne gesty, teatralne uśmiechy. O, żebyście widzieli, jak oni się poruszali, jak trzymali kieliszki, genialnie udając, że szampan jest wyborny. Żebyście widzieli tych eleganckich mężczyzn, ich nienagannie leżące na ramionach marynarki, ich opromienione blaskiem gustu buty. Albo te kobiety, archetypy wytworności i dobrego smaku. Zaprawdę pierwsza klasa.I to Ekspress Intercity! A w tym ekspresie ja, udający parweniusza, zagubiony przybłęda z wagonu przesyłek konduktorskich TLK, który jakimś szczęśliwym trafem otrzymał szansę wściubienia nosa w sprawy wyższych sfer. Ale wróćmy do rzeczy: otóż inni goście z większą lub mniejszą śmiałością degustowali z grubsza wszystko, co stało w zasięgu dyskretnego ruchu ręką. Podążyłem tym tropem. Szybko okazało się, że poza czekoladkami, zdegustować można również drinka; tutaj zaproszeni nie okazywali już kurtuazyjnej nieśmiałości, ja zaś ponownie ruszyłem w ich ślady. Niestety, gdy dotarłem do baru okazało się, że w barmańskim shakerze zostało już niewiele napoju. Barman zapytał mnie, czy mam ochotę zaczekać do kolejnego zmieszania składników, uznałem jednak, że zadowolę się tym co zostało. W efekcie otrzymałem niespełna pół porcji drinka. Akurat do degustacji. Cóż, ślepy los nawet w tak licznym i pozornie jednorodnym skupisku ludzi potrafi odróżnić lepszych od gorszych.
Drink nie rzucił mnie na kolana, choć po szampanie stanowił niewątpliwy progres. Tymczasem przybywało gości, którzy coraz śmielej konsumowali czekoladowe wyroby. Ja również konsumowałem. Czekoladka z solą, czekoladka z czerwonym pieprzem, czekoladka z jasnej czekolady, czekoladka z miętą, czekoladka w kształcie serduszka, czerwone wino. Tak moi drodzy, wino. Drink szybko się skończył a ja poczułem się nieswojo odstawiwszy szklankę na stolik. Pustka w dłoniach powodowała u mnie niepokój, podszedłem więc do baru i uzbroiłem się w kieliszek czerwonego wina. Od razu zrobiło mi się lepiej. Zresztą ja zawsze czuje się pewniej z kieliszkiem, ewentualnie kufelkiem, w dłoni. No tak już mam.
Pojawił się jednak pewien dylemat: czy trzymać kielona za nóżkę czy za łepetynę. Pomyślałem: "Jestem tymczasowym satelitą na orbicie wyższych sfer, muszę się dostosować. Patrzę wokół: dwie osoby piją białe wino i trzymają kieliszki za nóżkę. No ale białe jest schłodzone a moje czerwone w temperaturze pokojowej. Szukam wzrokiem dalej. Wreszcie są: dwie panie z czerwonym trunkiem. Jedna trzyma tak, druga tak. Cholera, chyba celowo tak robią, żeby mnie zdezorientować. Trudno, odwołam się do logiki: jeśli schłodzone wino trzyma się za nóżkę to po to, by go nie ogrzewać. Jeśli czerwone jest już ciepłe to mogę je złapać za puchar - i tak mu nie zaszkodzę. Ale zaraz, ostatnio ktoś mi mówił, że savoir vivre to zbiór fundamentalnych zasad, które są, bo są, a nie są, bo z czegoś logicznie wynikają. No i znowu jestem w kropce. Pieprzę to, trzymam za łepek, bo tak mi wygodniej!"
Nagle usłyszałem znajomy głos. W pierwszej chwili sądziłem, że ktoś za ścianą włączył Teleekspres, ale przecież było już po siódmej wieczorem. Dopiero po chwili dostrzegłem źródło głosu: znany Prezenter witał zebranych gości i zapraszał do degustacji. Niestety, czy to na skutek słabego sprzętu nagłaśniającego, czy też z powodu marnej akustyki pomieszczenia, trudno było dokładnie zrozumieć jego słowa. Problem okazał się nie do przeskoczenia, gdy mikrofon przejęła pani Prezes a po niej ów słynny, belgijski Cukiernik. Z jego prezentacji, wygłoszonej po francusku i tłumaczonej na bieżąco przez p. Prezes, niemal nic nie dało się usłyszeć, mogłem natomiast uważnie przyjrzeć się Mistrzowi. Wszak nieczęsto się takich Mistrzów widuje i nawet jeśli nie słychać co mówią, sama możliwość obserwacji już w jakiś sposób nobilituje obserwującego. Po kilku minutach uznałem, że już wystarczająco nagapiłem się na Mistrza. Postanowiłem zgarnąć jeszcze kilka czekoladek i udać się po drugą lampkę wina (które z wszystkich serwowanych trunków najbardziej przypadło mi do gustu). 
Po prezentacji wjechał tort. Nawet nie wiem, czy był tylko niezły, czy może wybitny. Do tego momentu zdążyłem się już bowiem nażreć tylu czekoladek, że kawałek tortu przyjąłem tylko po to, by nie wyjść na gbura. 
Tymczasem zaczęło się losowanie nagród dla zebranych gości. I tym razem los okazał się bytem w pełni świadomym w swych działaniach, w związku z czym mnie nikt nie wylosował. Na pocieszenie pozostała mi trzecia lampka wina i kilka ciasteczek, które każdy otrzymywał przy wyjściu.
Wpół do dziewiątej byłem już w drodze do domu. Skończyła się moja mała przygoda z wielkim światem. Na całe szczęście. Dawno już nie miałem tak silnego poczucia, że znalazłem się w rzeczywistości, do której zupełnie nie pasowałem, i która zupełnie mi nie pasowała. Szczerze mogę sobie powiedzieć: gdyby nie poczucie obowiązku i szacunek dla roli reprezentanta mojej firmy, nie wytrzymałbym do końca. No dobra, to wino też w jakiś sposób powstrzymywało mnie przed ucieczką. Inaczej nie doczekałbym wystąpienia Prezentera, nie spojrzał w oblicze Mistrza, nie uszczknął nic z wielkiego tortu i poczuł goryczy złudzenia, że może coś wygram w loterii.

P.S. Następnego dnia zajrzałem na pewien serwis winiarski. Napisano tam wyraźnie: kieliszek zawsze trzymać za nóżkę, trzymanie za puchar oznacza "mentalność piwnego opoja". Czyli jednak słusznie postąpiłem, trzymając kielich za łepek. Uczciwie. Szczerze. Adekwatnie do mentalności.

1 komentarz:

  1. Świetne. Przebiłeś tym mojego mistrza felietonu - Pilcha. Czekam na więcej, więcej, więcej! To jest świetne.

    OdpowiedzUsuń