Tym razem się udało i Felix skoczył. I pobił
Felix trzy rekordy z czterech, które do pobicia miał. I patrzał świat cały jak
skacze Felix i skakał świat cały z Felixem.
Momentalnie pojawił się fenomen, który
niezupełnie rozumiem. Nagle, w dobie kryzysu gospodarczego, nadciągających
wyborów prezydenckich w USA, trzeciego expose miłościwie nam panującego
premiera, wreszcie w przededniu wielkiej bitwy z Anglią o Brazylię, polskim Internetem
zawładnął facet, któremu zachciało się skoczyć ze spadochronem z niemal
czterdziestu kilometrów. Naprawdę, nawet na stronie „Naszego Dziennika”
informacja o wyczynie Austriaka jest dzisiejszego wieczoru w czołówce!
Ale jak to? Cholera, no nie rozumiem! Nie
rozumiem a jednocześnie tak mnie to poruszyło, że postanowiłem ad hoc zastanowić się nad tym
zjawiskiem. Czym jest ten „spadający Felix”? Co on takiego znaczy, że Internet zbiorowo
szczytuje na jego widok?
Koleś mozolnie przez trzy godziny wznosi się
balonem na granicę między Ziemią a kosmosem tylko po to, żeby następnie w kilka
minut stamtąd zlecieć. Przypominam (za parę lat możemy o tym, oby tak się
stało, nie pamiętać) – kryzys gospodarczy a tu metafora spadania po
długotrwałym wznoszeniu się ku górze. Czyli, że to lot ku przestrodze? Na
zbudowanie wysokiej pozycji trzeba czasu i wysiłku (w tym przypadku mamy
wysiłek mnóstwa ludzi, którzy wywieźli Felixa tak wysoko), tymczasem upadek na
samo dno zajmuje tylko chwilę – takie ma być przesłanie?
A może inaczej. Spadanie Austriaka
zinterpretujmy jako moment wyzwolenia, wyrwania się poza wszelkie ramy
rzeczywistości, oderwania od świata, cywilizacji, podatków, problemów trzeciego
świata, międzynarodowego terroryzmu i globalnego ocieplenia. Zresztą, zauważmy
angielskie określenie: freefall.
Felix spadając był free, był tak
bardzo free, jak nikt na powierzchni
naszej planety być free nie może.
Dotknął kwintesencji wolności. Oto więc człowiek prawdziwie wolny! Nieograniczony!
Oczywiście jeśli nie licząc specjalistycznego kombinezonu, bez którego cała
zabawa byłaby niemożliwa…
Albo nie, daruję sobie wydumane interpretacje
o kondycji człowieka współczesnego, próbujące w sposób spauperyzowany otrzeć
się o filozofię – w końcu nie nazywam się Coelho. Po prostu facet wymyślił
sobie coś niezwykłego, szaleńczego, naznaczonego znacznym ryzykiem a do tego widowiskowego,
więc medialnego. Wymyślił i zrobił to, oczywiście w blasku fleszy, bez których
jego skok zupełnie nic by nie znaczył. Skoczył z wysokości czterdziestu
kilometrów (ciekawe jaki procent Amerykanów jest w stanie przejechać tyle
jednego dnia na rowerze?), spadając przekroczył prędkość dźwięku (ktoś potrafi
sobie w ogóle wyobrazić „jak to jest”?) a nade wszystko – przeżył.
Czyż
to nie jest zajebiste? Jest. Czy jest aż tak zajebiste, jak to ukazano? Nie
wiem.
Co do jednego natomiast nie mam wątpliwości: wolę słyszeć o spadającym Felixie
niż o wielkości penisa Liama Neesona…
Jeśli to miałaby być metafora ogólnego upadku czegokolwiek, to życzyłbym sobie tak samo miękkiego lądowania jak w jego wydaniu :)
OdpowiedzUsuńEchh Rycu zgadzam się z tobą! O co kamon z tym Felixem, wyskoczył jak Fili z konopi i się wszyscy jarają? Odpowiedzi nadeszły kiedy zobaczyłem na hełmie i na kapsule zobaczyłem dwa byki - logo pewnego napoju. Aż przykro że niby poważne media tak łatwo łykają ten komercyjny event.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Hubert
No cóż, chyba powinienem czytać i redagować swoje posty. Przeprasza za powtórzenia. Moja polszczyzna straszliwie odstaje od poziomu tego bloga! Hub.
OdpowiedzUsuń