niedziela, 14 października 2012

Szczęśliwy


Tym razem się udało i Felix skoczył. I pobił Felix trzy rekordy z czterech, które do pobicia miał. I patrzał świat cały jak skacze Felix i skakał świat cały z Felixem.
Momentalnie pojawił się fenomen, który niezupełnie rozumiem. Nagle, w dobie kryzysu gospodarczego, nadciągających wyborów prezydenckich w USA, trzeciego expose miłościwie nam panującego premiera, wreszcie w przededniu wielkiej bitwy z Anglią o Brazylię, polskim Internetem zawładnął facet, któremu zachciało się skoczyć ze spadochronem z niemal czterdziestu kilometrów. Naprawdę, nawet na stronie „Naszego Dziennika” informacja o wyczynie Austriaka jest dzisiejszego wieczoru w czołówce!
Ale jak to? Cholera, no nie rozumiem! Nie rozumiem a jednocześnie tak mnie to poruszyło, że postanowiłem ad hoc zastanowić się nad tym zjawiskiem. Czym jest ten „spadający Felix”? Co on takiego znaczy, że Internet zbiorowo szczytuje na jego widok?
Koleś mozolnie przez trzy godziny wznosi się balonem na granicę między Ziemią a kosmosem tylko po to, żeby następnie w kilka minut stamtąd zlecieć. Przypominam (za parę lat możemy o tym, oby tak się stało, nie pamiętać) – kryzys gospodarczy a tu metafora spadania po długotrwałym wznoszeniu się ku górze. Czyli, że to lot ku przestrodze? Na zbudowanie wysokiej pozycji trzeba czasu i wysiłku (w tym przypadku mamy wysiłek mnóstwa ludzi, którzy wywieźli Felixa tak wysoko), tymczasem upadek na samo dno zajmuje tylko chwilę – takie ma być przesłanie?
A może inaczej. Spadanie Austriaka zinterpretujmy jako moment wyzwolenia, wyrwania się poza wszelkie ramy rzeczywistości, oderwania od świata, cywilizacji, podatków, problemów trzeciego świata, międzynarodowego terroryzmu i globalnego ocieplenia. Zresztą, zauważmy angielskie określenie: freefall. Felix spadając był free, był tak bardzo free, jak nikt na powierzchni naszej planety być free nie może. Dotknął kwintesencji wolności. Oto więc człowiek prawdziwie wolny! Nieograniczony! Oczywiście jeśli nie licząc specjalistycznego kombinezonu, bez którego cała zabawa byłaby niemożliwa…
Albo nie, daruję sobie wydumane interpretacje o kondycji człowieka współczesnego, próbujące w sposób spauperyzowany otrzeć się o filozofię – w końcu nie nazywam się Coelho. Po prostu facet wymyślił sobie coś niezwykłego, szaleńczego, naznaczonego znacznym ryzykiem a do tego widowiskowego, więc medialnego. Wymyślił i zrobił to, oczywiście w blasku fleszy, bez których jego skok zupełnie nic by nie znaczył. Skoczył z wysokości czterdziestu kilometrów (ciekawe jaki procent Amerykanów jest w stanie przejechać tyle jednego dnia na rowerze?), spadając przekroczył prędkość dźwięku (ktoś potrafi sobie w ogóle wyobrazić „jak to jest”?) a nade wszystko – przeżył.
Czyż to nie jest zajebiste? Jest. Czy jest aż tak zajebiste, jak to ukazano? Nie wiem.
Co do jednego natomiast nie mam wątpliwości: wolę słyszeć o spadającym Felixie niż o wielkości penisa Liama Neesona…

3 komentarze:

  1. Jeśli to miałaby być metafora ogólnego upadku czegokolwiek, to życzyłbym sobie tak samo miękkiego lądowania jak w jego wydaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Echh Rycu zgadzam się z tobą! O co kamon z tym Felixem, wyskoczył jak Fili z konopi i się wszyscy jarają? Odpowiedzi nadeszły kiedy zobaczyłem na hełmie i na kapsule zobaczyłem dwa byki - logo pewnego napoju. Aż przykro że niby poważne media tak łatwo łykają ten komercyjny event.
    Pozdrawiam, Hubert

    OdpowiedzUsuń
  3. No cóż, chyba powinienem czytać i redagować swoje posty. Przeprasza za powtórzenia. Moja polszczyzna straszliwie odstaje od poziomu tego bloga! Hub.

    OdpowiedzUsuń